Dawno, dawno temu, gdy Łódź nie była miastem a jej obecne tereny porośnięte były gęstą i nieprzebytą puszczą w samym jej centrum znajdowała się osada. Nie była ani wielka ani mała i chodź trudno w to uwierzyć była stolicą kraju. W pałacu mieszkała królowa. Była ona nadzwyczaj piękna… piękniejsza od Heleny Trojańskiej czy nawet samej Wenus. Niestety była ona również wyjątkowo próżna, cały świat traktowała jak swoje lustro, w którym mogła godzinami oglądać swe piękne odbicie. I los a może któryś z bogów sprawił, że w osadzie wybuchła zaraza. Królowa w obawie o to z straci swoja urodę kazała wznieść wysoka wierze a gdy została ona ukończona zamieszkała w jej wnętrzu a ciężkie żelazne drzwi kazała zapieczętować. Godziny spędzała na siedzeniu w oknie i z przerażeniem na twarzy wsłuchiwała się, w jęki umierających. Próżna królowa zapomniała jednak, że zaraza nie roznosi się przez dotyk tylko przez powietrze. Ludzie powiadali ze jej jęki niosły się daleko za puszcze aż w końcu po wielu dniach ucichły. Tu można by zakończyć opowieść gdyby nie jeden fakt, o którym tu nie wspomniałem. Królowa była również czarownicą i umiała korzystać ze swoich zdolności. Wiele dni przed wybuchem zarazy królowa odprawiła bluźnierczy rytuał, który w efekcie zapewnił jej nieśmiertelność. I tu znów w swej próżności zapomniała o czymś ważnym. Była nieśmiertelna, ale nie wiecznie młoda. Tak wiec królowa naznaczona wrzodami zarazy i powoli rozkładając się na wieczność została zamknięta w wierzy. Nie piękna ani nie młoda. My w swej młodzieńczej głupocie sforsowaliśmy drzwi wierzy. W jej wnętrzu panował zaduch i smród zgnilizny. A ona tam była na samym szczycie. Ciągle żywa. Błagam niech następne pokolenia wybacza nam nasz czyn.
_______
Różo, tyś chora:
Czerw niewidoczny,
Niesiony nocą
Przez wicher mroczny,
Znalazł łoże w szczęśliwym
Szkarłacie twego serca
I ciemną, potajemną
Miłością ci