ostatnio bylo o fobiach, wiec moze dzisiaj o przymarzaniu jezykiem do dziwnych rzeczy, o czym ostatnio sobie przypomnialam.
przypomnialam sobie, przez osobe, dla ktorej dzisiejsza praca miala byc zadedykowana, ale nie wiem, czy dedykowany sie nie obrazi za taka robote niskich lotow (a nawet nie lotow) wiec z tym poczekam.
a wiec, jakis czas temu odkrylam, iz wiekszosc z nas miala w swoim zyciu ekscesy z przymarzaniem jezykiem do miejsc niespodziewanych.
u mnie zaczelo sie niewinnie. najpierw czekajac pod klatka na kolezanke przyuwazylam, ze kiedy mokry palec przyloze do barierki, to ten na chwile przymarza i odrywa sie z chrupnieciem.
spodobalo mi się.
obmyslilam wiec w glowie, ze im bardziej mokra rzecz, tym wieksze bedzie chrupniecie i ekscytacja calym zdarzeniem.
poszly wiec w ruch wargi (te gorne, oralne).
no, ale czymze sa wargi.
idac z babcia do niej do domu, mialysmy w elblagu do pokonania tzw miasteczko szkolne, czyli zbior szkol wlasnie kilku, ktory uwienczony byl brama wjazdowa. a brama byla, i jest zelazna. czyli idealna.
babcia, jako, ze kobieta to ruchliwa niczym mlody plemnik, wybila do przodu, a ja pod pretekstem zawiazania buta przycupnelam na chwile pod brama. i bach! rzucilam sie na gleboką wodę, bo do wczesniej wspomnianej bramy przykleilam jezyk.
kilka sekund pozniej pociagnelam nim, pociagnelam glową, co niestety nie zaowocowalo chrupnieciem. wlasciwie niczym nie zaowocowalo, jak bylam przyklejona wczesniej tak i teraz, dodatkowo zobaczylam babcie kroczącą z szokowanym wzrokiem w moją stronę, ludzi ktorzy mnie mijali i cieszyli sie w nieboglosy, a ja nic nie moglam zrobic.
dzisiaj pewnie pomyslalabym sobie "o kurwa", wtedy pomyslalam, ze skonczy sie to amputacja jezyka i porzadnym laniem.
musialam czekac, az babcia pobiegnie do domu, zagrzeje w jak najszybszym czasie wode, i przybiegnie mi na ratunek.
ale udalo się i za to jestem Ci Danielo dozgonnie wdzieczna, mimo tego, ze wstydzilas sie za mnie, i brakowalo Ci slow, kiedy trzeba bylo zrywac zielona farbe z mojego jezyka
