Zaloguj się przez Facebooka! Zarejestruj się!

Duch
proza  |  beletrystyka  |  duch  |  historia  |  samolot


Powiadają, że tylko człowiek ma duszę. Zwierzęta i materia nieożywiona już nie. Ja tam jednak wierzę, że mój kot Pazur duszę ma. Podobnie jak niektóre maszyny...

W roku 1993 mieszkałem w małym mieście na Pomorzu Zachodnim, szykowały się już jednak duże zmiany w moim życiu...Wszystko się wówczas zmieniało... Miałem tam dwóch kolegów, tak jak ja wciągniętych już wtedy bez reszty w tematy wojskowe i historyczne. W owym czasie spotykaliśmy sie by pograć w gry typu "Manewry Morskie"(17-letnie już konie - a jak dzieci...), zmontować coś wspólnie przy modelach albo pogadać o wspólnych tematach, bywało, że kończyło się to gorącą dyskusją na pograniczu kłótni. Cóż, my Polacy...Więcej jednak nas łączyło jak dzieliło. Nie było jeszcze świata tak oplecionego komórkowo - informatyczną siecią, ale któregoś dnia jeden z kolegów wytrzasnął skądś starą, chyba wojskową radiostację. Zaczęliśmy krótką przygodę - na krótkich falach. Według instrukcji sprzęt miał zasięg chyba ok. 40 - 60 km, ale ze specjalną anteną nawet do 350. Mój kolega miał smykałkę do tych tematów, coś dokręcił, coś wyrzucił i wkrótce zaczeły dziać się cuda. A to ktoś z Białegostoku się odezwał, a to stolica, a któregoś dnia pobiliśmy absolutny rekord - kolega tak nakręcił pokrętłem, że eter odezwał się miękkim, czeskim językiem. Nie chodziło w tym wszystkim o jakieś konkretne sprawy, długie rozmowy, chodziło o to, żeby nawiązać kontakt, choć na chwilę. Jednak pewnego dnia rozmawialiśmy z jednym krótkofalowcem dłużej, mieszkał też dość daleko, na wschodnim brzegu Wisły, ale na tyle blisko, że można było swobodnie porozmawiać. Opowiedział nam historię, w którą do dziś trudno mi uwierzyć...

W tym czasie z Polski wycofywały się wojska radzieckie. Krótkofalowiec znad Wisły jak wszyscy jemu podobni przeszukiwał cały eter wokół siebie, ale miał chyba jakiś specjalny sprzęt i od czasu do czasu udało mu się podsłuchać nawet rozmowy rosyjskich pilotów odlatujących z naszego kraju. Opowiadali oni sobie podobno o jakimś tajemniczym samolocie - widmie. Z początku określali go morskim terminem "Latający Holender", ale wkrótce przechrzcili żartobliwie na "Latającego Polaka". Był to bowiem dwupłat, starego bardzo typu, z dwiema otwartymi kabinami i wielkimi, biało - czerwonymi szachownicami na skrzydałach. Samolot pojawiał się nie wiadomo skąd, zawsze w tej samej okolicy - gdzieś na linii Kock - Lublin - Biłgoraj i starał się towarzyszyć radzieckim maszynom na krótkim odcinku do granicy na Bugu. Odrzutowców nie miał szans dogonić, szybko więc znikał we wstecznych lusterkach, ale po chwili...pojawiał się znowu - a to z lewej, a to z prawej i znów znikał nie mogąc nadążyć. Śmigłowce i wolniejsze samoloty transportowe eskortował sumiennie do rzeki i wtedy zawracał. Ostatnia grupa odlatujących śmigłowców także miała z nim spotkanie. Samolot jak zawsze pojawił się między Kockiem a Biłgorajem, ale tym razem, odprowadzając tę ostatnią piątkę był wyjątkowo uparty. Krótkofalowiec słyszał podenerwowane rozmowy rosyjskich pilotów, którzy meldowali, że "Latający Polak" przekroczył tym razem granice na Bugu i dalej ściga ich grupę. Nie zachowywał się agresywnie, nie zbliżał - po prostu leciał za nimi. Cała szóstka skręciła nieco na południe, przemknęła w okolicach Lwowa i dolatywała już do rzeki Zbrucz. Rosjanie zamierzali podjąć wreszcie jakieś bardziej zdecydowane działania, ale nagle, gdy przeskoczyli ów Zbrucz "Latający Polak" rozpłynął się jak mgła w powietrzu...Tym razem nie zawrócił, nie odleciał jak w relacjach innych pilotów - po prostu zniknął nad Zbruczem. Krótkofalowiec zaczął tracić zasięg, usłyszał tylko jeszcze jak rosyjska stacja naziemna naigrywa się z wyobraźni pilotów, bo na radarach nie było widać przez cały czas nic poza śmigłowcami...Dobre sobie - dwupłatowiec niewidzialny dla radaru ! W tym momencie radiostacja straciła zasięg...Historia wydała nam się nieprawdopodobna, ale cóż podobno na tym świecie są rzeczy o których się filozofom nie śniło.



Mimo, że temat był ciekawy z dnia na dzień pochłonęły nas inne rzeczy. Ja wyjechałem z rodzicami do Piły, potem matura, dalsza nauka, praca... kontakt między nami się urwał, teraz tylko czasem jeden z tych kolegów pozdrowi na nk, o drugim od lat nie mam wieści...O sprawie tajemniczego samolotu też zapomniałem, ale po latach wpadł mi w ręce model dwupłatowca PWS - 26. Jak zawsze zanim siadłem do pracy połączyłem na sucho połówki kadłuba i dolny płat i zrobiłem obowiązkowe "wruuum !" nad kanapą (sprawdzając wcześniej czy żona nie widzi...). To taki mój mały rytuał. Punkt drugi "ceremonii" obejmuje zebranie wszelkich możliwych materiałów, zdjęć, tekstów, relacji o budowanym modelu. Od kiedy mam do dyspozycji internet, zadanie jest znacznie ułatwione. Przeczytałem o historii ostatnich PWS - 26, o ich udziale w bitwie pod Kockiem i o upartym pilocie, który nie oddał ostatniej maszyny i odleciał z nią gdzieś na wschodnie kresy II Rrzeczpospolitej, które wtedy kończyły się granicą na rzece Zbrucz...Maszyna i pilot przepadli bez wieści. Przypomniał mi się wówczas dwupłatowiec - duch, którego radary nie widzą i wszystko zaczęło układać się w jakąś całość, ale szybko odgoniłem nieracjonalne myśli...pewnie rozbili się gdzieś na tych kresach. Przecież w powszechnym mniemaniu, maszyny nie mają duszy...




komentarze
Aby dodać komentarz musisz się zalogować.

Jeśli nie masz jeszcze konta w digarcie, załóż je lub zaloguj się Facebookiem!
 
Zaloguj się przez Facebooka! Załóż konto w digart.pl Zaloguj się do digart.pl
~AndrzejKorsarz    12.08.2011 @17:20:47
Super! Bardzo mi się podoba, i forma, i treść!
Pisz dalej!
© 2001-2017 Grupa Onet.pl SA - digart.pl v.6
RSS Wszelkie materiały i wypowiedzi zamieszczone w serwisie należą do ich autorów. Grupa Onet.pl S.A. i zespół digart.pl nie odpowiadają za ich treść.
strona główna | regulamin | zasady korzystania | faq | załoga | RSS | reklama | kontakt