Fest
!montagproject | proza / poetycka
Fest
Płaczące dziecko palącej matki w spiekocie improwizowanych skwerów,
rozdeptywanych tłumem do ziemi, wszystko przez megafony, echa dźwięków
rozedrgane nad głowami tłuszczy. Na końcu perspektywy artysta, majaczący [hier
spass] nad statywem. Palący ojciec z dłońmi na różowych nogach córki z sercowym
balonem na temat. W głośnej muzyce niesłyszany autoalarm małego, rodzinnego
samochodu i niedopuszczalne wzmocnione palce do butów bez palców, a taki niby
szpan i solarium nocami, z braku błękitnego nieba.
Improwizowane porządki ruchu na wąskiej kładce nad kanałem by chłopiec w
łańcuszku na szyi przeprowadzał ukochaną pod prąd, pod napis kebab. W kieszeni
kurczowo trzymając zmięty banknot wyżywienia, frustruje spoceńców spod pach.
Chusteczkami na czołach, pozbywają się nadmiaru spoglądając tęsknie na otwarte
piwa na bagażniku, w koszyku, w siną dal.
Stare kobiety pochylone z ławek nad wspólnymi stopami, wyjętymi z butów. Przez
ściśnięte wargi i równe białe zęby człowieka z ciężarnym jamnikiem nie wydostają się
słowa o przepuklinach, z braku sympatii, ale z kulturą. Spluwa na trawnik. Nie strzela.
Nie chce się zestarzeć.
Kiedy prowadzisz rower, tłum Cię przynajmniej nie pcha, nie ciągnie, nie próbuje
zagarniać w meandry, balety kieszonkowców, baletki, kabaretki, wędrówki silnych
dłoni, w górę ud tylko po to by wzrokiem znaleźć kolejkę do niebieskich kabin i
odszukać w szumie własnych myśli szum tamtej chemicznej wody, w której miarowo
nurza się oferta grilli. Wracasz głową gdzie indziej, w samochody, stoiska organizacji,
karuzelę i labirynt pomalowanych w wielką przygodę barakowozów, rąk
sprzedających wejścia (fajne przejścia do wyjścia).
A właśnie, że fajne. To ma się skrzyć, cieszyć, pod nogę, pod gofra, pod loda.
Zresztą czy kurwy nie mogą się czasem tak zwyczajnie wmieszać w tłum? Wsiąść na
rower i pojechać w cień, na piknik przywieziony w zakupach? Tak się da, ale dalej,
środkami lokomocji, uciekając przez dźwiękiem przez las pleców, łatwiejszy niż las
brzuchów (szekspirowski, kurosawowski las, panowie).
Przeze mnie małżeństwo z dzieckiem pomyliło drogę do planetarium. Zmyliłem ich w
ogródki działkowe, złą aleją dotarli na przystanek z przejściem dla niewidomych i ktoś
im z głośnika powiedział: zielone światło, proszę iść.
Zamiast gwiazd.
|
|