Delegacja gitarzysty [fg]
!montagproject | proza / obyczajowa
Delegacja gitarzysty
[fragment początkowy]
Już na przystanku na wsi, w cieniu drzew dworcowych sąsiad z ławki mi się naraził i zabrał
podstępem mój nowy telefon komórkowy, który dostałem z agencji wysyłania gitarzystów -
że niby chce zobaczyć funkcje. Nie był to człowiek bogatego słownictwa, więc zarzucił do
mnie - Te! Pokaż to... - robiąc wargami taki ruch jakby chciał się mocno zaciągnąć
nieistniejącym papierosem bez filtra. A ja dałem mu telefon bojąc się psychoanalizować,
dlaczego tak łatwo mu ze mną poszło. Mam delikatne palce, nawet rękawiczki wełniane
noszę w kieszeni, kiedy jest wczesna jesień. I tymi delikatnymi palcami mu ją podałem bez
oporów, potem schowałem rękę do kieszeni, w której miałem rękawiczki, tak dla poczucia
bezpieczeństwa. A on oglądał ją łapczywie jak jakby była kiełbaską z grilla i ślinka
widocznie mu ciekła w cienkich spierzchniętych ustach. Zacząłem się niecierpliwić. Tak
oglądał i oglądał i macał i zaczął naciskać chaotycznie na klawisze paznokciami twardymi i
czarnymi, zupełnie bez wyczucia i za mocno, tak jak mój dziadek w wieku lat
siedemdziesięciu, kiedy paznokciem nieczułego na nic kciuka przepoławiał gumowe
guziczki w pilocie od tunera TV-SAT próbując przełączyć na boks.
Zacząłem się bać, że włączy jakąś nieprzewidzianą kombinację klawiszy, tajną i
zarezerwowaną tylko dla serwisu, ale nie - zaczął oglądać moją listę telefonów, kiedy
delikatnie, żeby nie dotknąć jego ramienia moimi długimi włosami gitarzysty, spojrzałem
mu przez ramię. Nie wiedział i ja nie wiedziałem, że moja służbowa komórka, wydana mi
wyłącznie w celu odbycia delegacji uruchomiła już procedurę.
Na dworzec wjechał autobus, właśnie wtedy z obawą cicho i płynnie wsunąłem między
jego łokcie moją dłoń, lustrując w przelocie czystość swoich paznokci, gdyż
przestraszyłem się, że może od przebywania z nim moje też poczerniały, ale on wyrwał mi
telefon, mimo że ledwo go dotknąłem i nadal intensywniej, łapczywiej wpatrywał się w
niego, zupełnie jak szympans. Znalazł gry i teraz grał w tetris. Poczułem ucisk w gardle, bo
autobus już wykonał pętelkę w głębi placu dworca i włączył kierunkowskaz w stronę naszej
ławki. - Oddaj bo muszę jechać - powiedziałem z rozbrajającą (miałem nadzieję)
szczerością i łagodnością, ale on tylko się zaśmiał pod nosem i jeszcze mocniej wbił wzrok
i nos w wyświetlacz, na którym spadały klocki.
Autobus zatrzymał się i zaczęli z niego wysiadać pasażerowie. Było to dwóch rosłych
mężczyzn ubranych na czarno i w czapki z daszkiem. Nieśli pomiędzy sobą lodówkę
turystyczną. Szofer w rękawiczkach ze skóry bębnił palcami po osłonie deski rozdzielczej i
patrzył gdzieś obok. Zatrzymali się przed nami, postawili lodówkę i symetrycznie sięgnęli
zewnętrznymi rękami do kieszeni, gdzieś w tyle spodni kombinezonów. Pierwszy
wewnętrzną ręką, w której coś trzymał złapał natręta za gardło i docisnął do oparcia ławki
tak brutalnie, że aż zaskrzypiały deski. Facet natychmiast wypuścił mi komórkę, czułem
jak drżała mu dłoń, kiedy to robił. Już wiem dlaczego z takim impetem dociśnięto mu szyję.
Kiedy tamten cofnął rękę okazało się, że szyja człowieka, który jeszcze przed chwilą miał
niezły wynik w Tetris jest teraz zablokowana w stalowej półobręczy w kształcie litery U,
której dwa końce wbite są mocno w drewno po obu stronach szyi. Chwycili go za
nadgarstki wolnymi, wewnętrznymi rękami, w zewnętrznych lśniły ciężkie sekatory.
Autobus czekał. Kierowca wyłączył silnik i w zapadłej ciszy rozległ się krzyk człowieka,
któremu sekatorem obcinają palce. Cięli równo i symetrycznie, zaczynając od małych, na
brzegu. Kurczowo zacisnąłem dłoń na rękawiczkach w kieszeni płaszcza, schowałem
komórkę do drugiej kieszeni, złapałem za rączki od futerału i walizki i zacząłem wsiadać
do autobusu nie oglądając się więcej za siebie. Mam mimowolne wyczucie rytmu, z
każdym kolejnym krzykiem pokonywałem kolejny stopień. Kiedy kupowałem bilet
odsuwałem głowę w bok, żeby ułatwić kierowcy podziwianie operacji, bo był nią
zainteresowany prawie tak samo jak wcześniej tamten komórką.
Kiedy już siedziałem, czując się swobodniej z bagażami na półce powyżej, nie
wytrzymałem i spojrzałem przez okno. Na ławce bezwładnie półleżał zrezygnowany
człowiek. Dłonie miał opatrzone poplamionymi krwią bandażami. Wystającym kciukiem i
wskazującym prawej dłoni trzymał papierosa. Wskazujące i kciuki mu zostawili. Czasem
wstrząsała nim pojedyncza konwulsja. Łkał? Ekipa tymczasem polewała sekatory jakąś
cieczą z białej butelki. Kierowca odpalił silnik i zaczął mieszać wajchą od zmiany biegów w
celu wrzucenia jedynki. Zazgrzytało. Popatrzyłem do przodu. Trzask drzwi. Wsiedli
oprawcy. Nie nawiązywałem z nimi kontaktu wzrokowego, odwróciłem się znowu w stronę
okna. Mój znajomy z ławki podwinął nogi do siadu po turecku (a może to był lotos?),
położył dłonie na kolanach, symetrycznie, wnętrzem do góry. Kciuki dotykające do
wskazujących. Wargami kurczowo ściskał papierosa. Siedział nieruchomo.
- Ma pan komórkę, z zabezpieczeniem przed wrogim przewłaszczeniem. Przestępca
został ukarany - tu znacząco postukał pięścią w stojącą obok jego nogi lodówkę
turystyczną - a my pojedziemy teraz razem kawałeczek, gdzie przesiądzie się pan do
właściwego autobusu, ten jest sfingowany w celach operacyjnych.
Zasalutował i odszedł w kierunku tylnych siedzeń niosąc lodówkę z dużą ostrożnością i
wyraźnym wysiłkiem, jakby była wypełniona niezwykle kruchym ołowiem.
* * *
Autobus. Pociąg. Pociąg. Otwarte okno w nocy. Dworzec Wielki. Pasażerowie w każdą
stronę. Informacje o zakazie pozostawiania bagażu bez opieki. Ludzie w mundurach
detonujący bagaż pozostawiony bez opieki. Fruwające w powietrzu pióra i strzępki tkanin
bieliźnianych. Gasnąca świetlówka w przejściu podziemnym, gdzie jest upał z nawiewu.
Szedłem z zasiedziałymi kolanami i kostkami stóp. Pewnie mi się w oku przesuwają
światła w regularnych odstępach. Gdybym palił to bym zapalił.
* * *
Jak na najlepszy hotel w mieście wystrój był dla mnie zbyt przygnębiający i te niedobory
światła w postaci żarówek świecących tak słabo, że bardzo dokładnie można obejrzeć nie
tylko żarzący się drucik, ale nawet musze odchody. Chłodne kolory - błyszczące. Na
podłodze płytki lastriko, fotele z niebieskiego skaju na stelażu metalowym, z numerem
identyfikacyjnym jak w szpitalu.
- Dziwi pana wystrój? Mamy na ten temat dwie wersje informacji. Wygląda pan na artystę,
bo ma pan gitarę, więc pewnie i piękne dłonie. Moja siostra jest kosmetyczką i robi
pedikiur, potrafi naprawdę dobrze zająć się paznokciami, nie tylko u stóp. No i właśnie
dlatego nie powiem, że wystrój robił nam najmodniejszy japoński dizajner - wie pan, to
było tak, że kiedyś zrobiono tu sanatorium, ale potem wybudowano za dużo fabryk i
powietrze zrobiło się złe i ludzie zamiast się leczyć, zaczęli chorować na płuca. No to
przerobili na szpital. Wie pan, pan taki wrażliwy, delikatny, na pewno ma miękkie serce.
Straszne rzeczy widziałam tutaj, jeszcze jako słuchaczka studium medycznego... No a
potem ludzie zaczęli z miasta uciekać - pozamykano fabryki. Nie było pieniędzy na... -
kontynuowała jakby odczytywała z kartki prelekcję, o której nie miała pojęcia. W suficie
była kamera w kopułce z ciemnego szkła, od której odbiegało białe korytko kablowe,
prowadzące do górnego rogu pomieszczenia. Najwyraźniej to akurat było nowe i
nowoczesne. Jestem w hotelu przerobionym ze skrzydła szpitala, gdzie jeszcze niedawno
znajdowała się chirurgia. Mam apartament w byłej sali operacyjnej. To jedyny apartament
w hotelu. - ...niestety to wszystko jest jeszcze troszkę niedopracowane ale robiliśmy co w
naszej mocy. Organizujemy w mieście po raz pierwszy tak wielki festiwal zdolności
manualnych, w ramach wymiany kulturalnej, na który zaprosiliśmy, co pan wie, jeśli czytał
pan program, swoją drogą na imię mam Jola, a więc przyjechali skrzypkowie i klarneciści
światowej sławy płci obojga, prawda, i też koronkarki, mistrzowie origami, krawcy i szybko
piszący na maszynie... - a więc nie będzie ubikacji w pokoju, ani łazienki, mimo, że to niby
najlepsze piętro i apartament, ale zapewnią mi kąpiel bo klient zawsze się chce wykąpać
po przyjeździe do hotelu, więc gorąca woda w wannie już czeka na mnie od godziny, a
łazienki pilnuje ochroniarz... - ... na pana występ na pewno pójdę bo wszystko chciałabym
zobaczyć, ale widok gry na instrumencie wprawia mnie w coś nad czym nie jestem w
stanie zapanować. Oj zajęłam panu za dużo czasu. Przykro mi, że niedogodności
występują, ale dokładaliśmy wszelkich starań i jeszcze dołożymy, żeby niczego nie
zabrakło i żeby były wszelkie atrakcje, jakich może oczekiwać artysta. Nie będzie pan
niestety sam na piętrze. Podjęliśmy działania zapobiegawcze potrajając na nim ceny
pokoi, stąd udało je się sprzedać tylko ludziom na wyjątkowym poziomie... - dobrze, że
działa winda i jest przestronna tak bardzo, że nawet musiałem odmawiać propozycji
wwiezienia mnie na górę w pozycji leżącej na łóżku na kółkach i potem do mojego
apartamentu. Musiało jej to pokrzyżować plany, bo wyznała od razu, że wobec tego moje
łóżko dojedzie za chwileczkę kolejną rundką windy. Drzwi łazienki w głębi korytarza, w
którym wszystko od wszystkiego się odbijało bo było na połysk poznałem po ochroniarzu
w kombinezonie przypominającym mi o mojej komórce i rękawiczkach w kieszeni.. -
...dużo przestrzeni i najlepszy widok oraz najlepsze sztuczne światło w całym hotelu, z
dokładną regulacją kąta jego padania i intensywności świecenia, za chwileczkę dojedzie
łóżko. Tymczasem może pan się przygotować do kąpieli, życzę w imieniu swoim i całej
obsługi miłego pobytu.
Odkładając na podłogę futerał i walizkę, dałem jej monetę niskiej wartości, której używam
do odblokowywania koszyka w hipermarkecie daleko stąd. Miała zimowe rękawiczki z
jednym palcem i patrzyła na mnie (z wyrzutem? wstydem?). Zmieszany zdjąłem z klamki
tekturkę z napisem "do not disturb" i rysunkiem przedstawiającym kopulującą parę, po
chwili wahania odwróciłem na stronę "please clean the room", pstryknąłem podniesionym
z metalowego stolika na kółkach długopisem i, czując jej wzrok mocno przyklejony do
mojej dłoni, zapisałem jej mój autograf. "Dla Joli - please clean the room", wzięła to w obie
dłonie w rękawiczkach z jednym palcem i przycisnęła do serca ze łzami w oczach. Wyszła
cofając się.
* * *
Łazienka, bardziej łaźnia albo umywania, za białymi drzwiami z zarysem głowy
ochroniarza widzianym od wewnątrz, kiedy wszedłem. Pierwszą moją myślą było to, że
można tu wygodnie urządzić świniobicie. Pięć nagich wanien żeliwnych w równych
odstępach pod jedną ścianą - jak sarkofagi - przy każdej krzesło, nad każdą gazowy
piecyk do grzania wody (w każdym taki sam płomyk). W suficie nad wannami masywne
haki i łańcuchy poprzeplatane przez metalowe belki i wielokrążki. Pewnie kąpali tu
bezwładne ciała żywych lub martwych. Moja wanna wypełniona letnią wodą, na
powierzchni której utworzyła się już cieniutka skorupa widoczna pod światło z bocznych
lamp w stalowych koszach i w kloszach z grubego szkła. Po drugiej stronie ułożone w
kącie lekarskie parawaniki z nadrukowanym logo hotelu i metalowa szafa pełna ręczników,
nowych, śnieżnobiałych. Wziąłem jeden. Był zupełnie bez zapachu (zawsze wącham) i
odłożyłem na krzesło przy mojej wannie. Woda gorąca od godziny. Odkręciłem kurek,
buchnęło. Leci gorąca. [...] Zanurzając się, jak zwykle przez moment myślałem o
szkodliwym wpływie gorącej wody na jądra. Kiedyś przeczytałem o tym w kobiecym
magazynie, w którym był ze mną wywiad. Namawiano tam kobiety do namawiania swoich
mężczyzn do korzystania z prysznica lub letniej kąpieli. Wanna była duża. Zanurzyłem się
cały. Na wznak pod wodą, na wstrzymanym oddechu pomodliłem się jak przystało na
gitarzystę śpiewającego piosenki o Panu Bogu.
* * *
Kiedy zacząłem się wycierać ochroniarz zapukał do drzwi
- Jeśli nie wypuścił pan jeszcze wody, to bardzo dobrze. Proszę ją zostawić. -
powiedział mi zawiniętemu w ręcznik od pasa w dół (chyba wezmę sobie jeszcze jeden
na głowę)
- Zostawić? - zapytałem głośniej, stojąc przed szafą z ręcznikami
- Tak, obsługa zaraz przyjdzie przepompować ją do rezerwuaru, z którego zasilane są
spłuczki. Ekologia, rozumie pan, recycling - powiedział przez "c" - za rok już będzie
działać automatyczna instalacja podłączona do odpływów z wanien, ale na razie
robimy to ręcznie, dzięki taniej sile roboczej w postaci arabskich kobiet - zakończył z
mdławą, niepewną siebie dumą i rozbieganym wzrokiem.
- Faktycznie... nie zdążyłem tego zrobić - wyszedłem mówiąc i jakoś tak wyszło, że
otarłem się o jego czarny kombinezon czując, że w kieszeni na udzie ma jakiś ciężki
podłużny przedmiot, chyba metalowy.
Arabskie kobiety już czekały na korytarzu. Były wysokie i od stóp do głów zawinięte w te
ich stroje. Widać było tylko oczy - mocno pomalowane. Tymi oczami pochłaniały mnie
wyraźnie, odprowadzając wzrokiem tak nieruchomym, że musiały się wychylić kiedy
dochodziłem już do moich drzwi i oglądałem się za siebie przez ramię, kurczowo trzymając
ręcznik dolny. Spadł mi górny. Głupia sprawa. No nic, udawajmy że nic. Odwróciłem się
przodem do nich i zacząłem kucać - kolana razem - uśmiechając się w uprzejmym
zakłopotaniu. Podniosłem ręcznik z podłogi i przerzuciłem go sobie przez ramię. Stały
nieruchomo. Ochroniarz w rozkroku kręcił młynka kciukami. Zatrzasnąłem drzwi i złapałem
za klucz. Nie mam już tekturki "do not disturb". Głupia sprawa.
Za to mam już gotowe moje łóżko na kółkach ustawione dokładnie pod wielką lampą,
okrągłą i zawierającą mniejsze lampy. Tutaj musieli operować. Szaro-blaszano-szklane
wyobrażenie galaktyki jak z pracowni fizycznej w radzieckiej szkole w magazynie Sputnik.
Moje łóżko pod spodem, nakryte oślepiającym od światła lampy prześcieradłem z
niebieskim paskiem pośrodku. Położyłem się na wznak zupełnie bez ubrania. Ustawiłem
kręgosłup wzdłuż niebieskiego pasa. Chciałem się poczuć jak pacjent, chciałem poczuć
jak światło mnie przenika. Patrzeć przez pomarańczowe zamknięte powieki w ten system
sztucznych słońc. Widziałem siebie pełnego pomarańczowego światła, które oświetla
drogę przez moje jelita dzisiejszym moim pomarańczowym posiłkom, a moje pęcherzyki
płucne nie nadymają się już w ciemnościach i cały jestem taki jak końcówki palców
prześwietlane latarką. Kolor. W ten sposób poczułem jaki jestem zmęczony i zawiedziony
tym, że nie mam miękkiej pościeli w przytulnym hoteliku, starej windy i nawet taniego
obrazu na ścianie. Oświetlany chirurgicznym światłem marzyłem o błysku polerowanym
tac i półkulistej pokrywki i brzęczących sztućcach w gwarze ciepłej restauracji. Facecie i
fortepianie grających do roti i roti łykanym przez to mocniej i wsiąkającym w język
krwistoczerwonym winie. Oświetlany światłem, byłem żółtymi fasadami starego miasta,
tonącymi w nim cicho niczym wielkie rzeźby w nieruchomej wodzie jakby były ostrym
nożem wsuniętym w nią bezszelestnie w park hotel... w park hotel czuć w powietrzu
wiedeńskie kiełbaski, szynki aromatyczne cienkimi plasterkami i grube damy w sopranach
snujące się po pięcioliniowych alejkach na kształt partytur, z wiatrem co niesie
perfumowane fraki dyrygentów, co ustawia krótkotrwałe płoty z ich pulpitów i batut po to by
łapały je te ręce i próbowały rozebrać i ręce która mi się kładzie na czole i policzku i
piersiach... drugiej ręce, a może i trzeciej razy dwa, w każdym razie wszędzie, jak na
zawodach synchronicznego masażu i tatuażu w cieniu powiększonych rosyjskich
babuszek w powłóczystych szatach, w świetle lejącym się z góry jak ślina.
?!
- Precz! - spadłem, a może zeskoczyłem z łóżka niezbornie ściągając za sobą
prześcieradło - arabskie kobiety odskoczyły w milczeniu. Szybko. I zaraz powoli zaczęły
się zbliżać. Musiałem zasnąć, no... zdrzemnąć się. Podłoga jest zimna i boli mnie w plecy,
a one zdejmują nade mną swoje wielkie zwoje i okrywają mnie nimi. Czuję na sobie ciężar
wielbłądziej wełny i zapach przypraw i henny. I stoją nade mną półnagie. Faceci. Mają
stopy facetów, choć nogi wydeplilowane pewnie, ale widzę te kształty w ich jedwabnych,
dopasowanych slipach, jak u baletników albo supermanów, a reszta jest ciemna,
zamroczona z góry światłem operacyjnego stołu. Trzy głowy w oślepiającym cieple
obniżające się nade mnie powoli jak koła Jumbo Jeta wysuwane podczas lądowania. Tak
w koszmarach widziałem sądy nade mną, kiedy w zupełnie niebywały sposób popełnię
najcięższe przestępstwa. Zarysy ciemnych głów, a nad nimi światło zimnego sądu
ostatecznego. Wszystko przerwane głosem walczącym o to by być miękkim i wysokim,
łagodnym, delikatnym, namiętnym i subtelnym.
- Ależ młodzieńcze, nie ma się czego bawić. Mam akcent prawda? Bardzo się cieszymy...
cieszymy na nasze zejście, które tyle zmieni w naszym wspólnym przeżyciu. Jestem
Lamia. Cóż za sprawczość niebios i pieszczenie losu, za wszystko czego dopuściliśmy się
dla Ciebie obcięto by nam palce i pewnie na tym nie przestano. To okrutne żarłoczne
miejsce, nie dla wrażliwych ludzi, nie dla ulubieńców frykasów w każdym momencie bycia.
Dusz wykwintnych, jak nasza słodka niewola. Chcę wiedzieć, że jest Ci ciepło i nie
uciekniesz od razu. Przynosimy propozycję bardzo atrakcyjną. Wyjątkową. Życiową
szansą.
Czego oni chcą? Jakby nie patrzeć są w przewadze, a ich stroje są ciężkie.
Unieruchamiające. Trudno się pod nimi ruszyć. Nie da się wykonać ruchu
nieprzewidywalnego i szybkiego - działać z zaskoczenia. Nie wiem, co powiedzieć.
- Młodzieńcze... aksamitny młodzieńcze, safianowy, tiulowy, jedwabny. Ileż wyrzec,
niebezpieczeństw, ukorzeń i starań. Bo ten motyw na Michaela Jacksona. On to kiedyś
próbował w przebraniu arabskiej cisnąć się przez tłum ale odmaskowali, rozbierali go. Nie
rozumie delikatesu, młodzieńcze. Nie ma czucia, nawet nie smykałki. Artyści, którzy macie
sarnią łagodność w sobie, wrażliwość, drżące wilgotne i pięknie rozkwitłą seksualność
eksplorującą. Czy nie nazbyt naukowo do duszy młodzieńca o długich włosach takich jak
nasze? To jak w tej piosence: "adored and explored na na na". Nieznana? Mamy najwięcej
wspólnego... - cienie sięgnęły rękami do głów i rozpuściły włosy jednocześnie - ...nawet
więcej-więcej niż myślisz dlatego gęsta namiętna przyjaźń jest naszym przeznaczeniem, a
gdyby nie przyjaźń wypłacimy dobrze. Kupiony pan ochrona to nie dla nas problem.
Zrobiliśmy bo, żeby się co najmniej wykąpać w wodzie po Tobie, pachnący, odurzający,
narkotyczny, piżmowy młodzieńcze.
A ja leżę. Nie rozmawiam - zamroczony tą gadką, tym zapachem ich ciuchów i
wyobrażeniami jak się chlapią w żeliwnej wannie w letniej, wodzie po mnie. Wyobrażenia
pozbawione twarzy. Milczę, albo nie... - pokażcie twarze - mówię niesympatycznie.
- To zniszczy wszystkość młodzieńcze, ciekawy świata młodzieńcze, nie lubisz smaku
tajemnicy? Poznawania jej po okruszynce, delektowania się nią jak wiśniami prosto od
drzewa. Drzew w ogrodach mamy zastępy. Śpiewają w środku kolorowe ptaki i Ty razem z
nami będziesz chodzić po ogrodach pełnych najlepiej kolorowych kwiatów, duszących
słodko zapachem o wielu smakach jak pewnie każdy ślepy zaułek Twojego ciała, którym
zechcesz się z nami poćwiartować. Niepotrzebne nasze twarze, bo sprawią, że będziemy
banalni, uwiedzieni do świadomości i katalogu, kiedy właśnie w nieświadomości,
podświadomości i czuciach najsilniejszych chcemy zamknąć z Tobą naszą przyjaźń, w
której nic nie zamiast dotyku ludzkiej dłoni, w której wszystko woła do fantazji o zbliżeniu
bez twarzy, niekrępowanym, bez problemu podglądania w twarz, w oczy, w duszę na
lustrze.
- Kimkolwiek jesteście, nie mam ochoty na te wszystkie rzeczy z wami. Nawet bez twarzy
jesteście odrażający, obleśni i lepcy. Jak trąd. Wynoście się stąd! - niechcący komicznie
zrymowałem, a miało być twardo... Czy przekupili wszystkich ochroniarzy czy tylko tego
jednego, ci którzy teraz odsunęli się na moment... znowu szybko, jakby odskakując, po to
by zaraz znowu zacząć się przybliżać pomału, jak ramię maszyny stawiające na środku
ciemnego jeziora porcelanową figurkę różowej tancerki, by utonęła w idealnie
koncentrycznych falach wymuszając ciszę i skupienie... Tak plum!
- Lecz ostry, precyzyjny, giętki, elastyczny, jędrny młodzieńcze. Zdarzało ci się nieźle
jadać i nie zakosztowałeś prawdziwych podniebnych rozkoszy, wolnych od konieczności
wchodzenia w materię obcą i nieprzewidywalną. Złą i podstępnie uzębioną, paznokcistą i
rozmaczającą cię, jak bagno, pełną organizmów półmartwych, upływających w niej w
konwulsjach i zabójczych namętnościach. Po co odurzać się cykutą, absyntem, opiatem
trującym, który zdradzi Cię prędzej niż później i odrzucać źródło czyste. Uzależnić się od
czegoś co nie uzależnia, co tożsame. Nie lepiej? Uzależnić się ale od prawie siebie w
podobnym ci ciele. Ten wstręt wczepiła Ci matka, wychowawczynie, uczycielki żmudne,
zimne niewolne robotnice, co tają już od dzieciństwa, wsysają do środka, wikłają w yin.
Trują głowę i zamykają drogi, ale Ty otwarty, wyzwolisz się. Pomożemy otworzyć na
siebie, odrzucić inne, nie można się bać - trzeba ufać. A tu oprócz nas nie można nikomu.
Palce w cenie i wszystko co one przypominają i posuną się do wszystkiego bo są bez
nasycenia. Mogą ciachnąć, zabrać w folii, uciec. Wielka jest pułapka.
- Nie. Mimo to nie. Skoro tak Wam na mnie zależy, na moim dobru... Moje dobro wymaga,
byście stąd wyszli. Skoro to nie był problem z tamtym facetem w łazience i nie kosztowało
to Was tak dużo - idźcie. Zostawcie mnie. Jeśli się coś... jeśli komuś na kimś zależy to
szanuje jego wybór, uwalnia... wiecie? Ja nie chcę. Rozumiem Wasze intencje, może to i
racja, może to przez dzieciństwo... Nie dyskutuję z tym. Jestem tolerancyjnym
chrześcijaninem i przez empatię mi przykro. Nic z tego nie będzie. Pod tymi waszymi
strojami trudno wytrzymać z gorąca i nie.. nie... przykro mi - nie.
- Zasmucasz nas... Deszczowy, nieszczęśliwy, nagi, spragniony... O przyjacielu niedoszły i
niedościgniony, czemu nie chcesz po prostu przejść tej zimnej rzeki i na naszą ciepłą
stronę, do ogrodów, do ptaków, do dojrzałych owoców. Tam byśmy zajęli się każdym
Twoim palcem, każdemu Twojemu palcu znaleźli dom ciepły i potulny. Dom uległy i
miękki, poddany. Każdemu członkowi, każdej kończynie w słodkim syropie z niej wypitym
do ostatniej kropelki, gdybyś tylko wolał wzajemnie się nam wypełnić, zanurzyć, zagłębić.
Nic nie musiałbyś robić do końca... bo tyle dłoni, najlepszych dłoni z całego świata, do
Twoich dłoni, smukłych, wykwitłych, które bierzmy razem z Tobą całym, z życiem i Twoim
powietrzem i Twoją całą wodą, a nie jak przestępcy, kolekcjonaci...
- Nie. To grzech i nie przekonujcie mnie tą gładką mową. Tym kuszeniem. Ja się nie
skuszę. Przestańcie mnie straszyć innymi. Nic z tego nie wyjdzie. Przykro mi. Odejdźcie -
mówiłem jak automat. Napięcie, konieczność, nadzieja.
- Dobrze. Odejdziemy. Zabierzemy teraz z Ciebie nasze wszystko, choć byliśmy tu dla
Ciebie nadzy, tak jak Ty pod spodem. Zdejmiemy je z Ciebie, ubierzemy się i nie będzie
nas już nigdy.
Przysunęli się mocniej, ruchem szybkim, lecz zwalniającym w końcówce, jak ruch
wodnych roślin pod falą i zdejmowali, warstwę po warstwie spokojnie z wielką celebrą, pod
którą ja leżałem napięty z zaciśniętymi zębami, śledząc te ich taneczne ruchy, przy których
starali się mnie przypadkowo muskać, próbując złowić odrobinę kontaktu, który czułem
jako palce w moich włosach, ruchy powietrza zbyt blisko moich warg, w ustalonej lecz
nieznanej mi choreografii zaczęło robić mi się lżej i chłodniej. Odzyskiwałem tempo
myślenia, dopiero teraz trzeźwiejąc, analizując co się właściwie dzieje. W czym
uczestniczę i opanowywał mnie strach zupełnie paraliżujący zimnem wpełzającym coraz
wyżej po kościach, kiedy zdjęli ostatnią warstwę, ostatni koc, który wdychali, odurzając się
nim teatralnie, mimicznie, baletowo. Już ich nie rozpoznawałem, a moja powracająca
zdolność do logicznego myślenia podsuwała mi myśl, że to ten mówiący zabrał najlepszy
materiał, a Ci dwaj przytulali się teraz do niego, obejmowali go i spoili się tak silnie, że
odchodzili z mojego pola widzenia jak jeden organizm, jak pokręcony chorobą skorupiak,
efekt eksperymentów genetycznych z niemych filmów. Pod światłem, pod mokrym
szpitalnym prześcieradłem, trząsłem się z zimna i szczęścia, nie mając siły się podnieść
od razu. Zamknęli drzwi żałobnie. Boże.. przecież miałem klucz w ręce... i nie pamiętam
teraz co z nim potem zrobiłem.... Podpełzłem na plecach i podstawiłem nogi pod klamkę.
Jestem zabarykadowany, w świetle, w środku nocy, na chwilę wytchnienia.
- Tu jest judasz! Judasz tu jest. Proszę spojrzeć - głos kobiety zza drzwi, które przecież
nie są zamknięte na klucz. Wstałem. Faktycznie. Nie zauważyłem wziernika.
- Proszę się nie bać... znaczy... obsługa hotelu... proszę w Judasz.. jak pan nie wierzy to w
judasz.
- Momencik! - odskakując od drzwi ułożyłem prześcieradło na łóżku. Jednym ruchem.
Fajnie. Ubrać się. - Momencik! Zaraz! - już widzę że judasz raz jasny, raz ciemny.
- Judasz! Judasz... proszę w judasz jeśli się Pan obawia.
Otworzyłem drzwi z rozmachem. Mam nadzieję zaskakując... małą kobietę z dłońmi
zawiniętymi w kolorowe chustki. Jestem tu krótko i już zaczynam patrzeć ludziom na ręce
od razu, na początek.
- Ona i ja poświęcimy się, bo pan jest dobry. Ja od razu powiem, że przepraszam. Jestem
pedicurzystką od siostry... no ona na portierni jest i pan jej autograf dał, o ten! - podała mi
kartonik z napisem.
- Dobry wieczór - powiedziałem zamiast.
- Tu wie pan... nie pośpi się. Znaczy teraz właśnie ochrona wywozi spod hotelu tych trzech
oszustów i przekupionego ochroniarza.... niech pan podbiegnie do okna... zdąży pan
jeszcze... zaraz ich będą wynosić. Przysłali mnie powiedzieć, że jeśli pan wyraża takie
życzenie to może pan być przy egzekucji, bo ona będzie zaraz...i wszystko im obetną.
Kamera zarejestrowała jak popełniali na Panu przestępstwo na tle seksualnym.
Oglądałyśmy z siostrą na portierni, bo ja zaraz potem przyszłam.
- to widziałyście...
- och... tak pięknie pan spał... operator zrobił zbliżenie na twarz.... i ona była taka...
uduchowiona... taka łagodna... i potem rozchyliły się Panu lekko usta... a potem oni weszli
Kamery! Wszystko filmowane... w łazience też... pewnie słyszeli nawet jak puszczam bąka
w ubikacji... Pięknie. Obsługa hotelu oglądała sobie wszystko. Oglądała mnie tutaj jak film
erotyczny... lepko i oblizując wargi... przyglądali się... I ona mówi mi o tym ot tak, jeszcze z
siebie zadowolona.
- całe szczęście, że chyba nic panu nie zrobili. Jola mówiła, że pan taki czarujący. Takie
piękne ręce. Ja uwielbiam gości z daleka. Na wypielęgnowane dłonie mogę patrzeć
godzinami. Lubię malarstwo, wie pan. Naprawdę bardzo lubię. Takie stare. Jak są ręce
ładne i twarze i stopy. W sumie jestem pedicurzystką ale robię też ręce. Ja..... W mieście
mówią, że jestem najlepsza w swoim fachu, mam samych przyjezdnych klientów i teraz...
proszę mi wybaczyć śmiałość prośby ale czy mogę prosić żeby Panu wykonać usługę? W
gabinecie odnowy na parterze. To znaczy moim gabinecie, w którym jest bardzo przytulnie
i ciepło. Mam taki elektryczny grzejnik - słoneczko. Ale wcześniej - jeśli pan chce - może
obejrzeć egzekucję tych co napadli na pana.
- Nie chcę... W sumie nic mi nie zrobili, poprosiłem i odeszli. Proszę im powiedzieć, że ja
się nie gniewam... i żeby puścili ich wolno i nie karali.
- Tego się nie da.... - przerwał jej wrzask dobiegający gdzieś z dołu korytarza... już nie tak
aksamitny i starający się być kobiecy. Wgryzłem sobie obie jedynki w dolną wargę i
wyjmuję delikatnie przykładając koniuszek języka o smaku krwi do miejsca bólu. - nie ma
na to wpływu, możemy tylko zobaczyć z okna jak ich będą wywozić z hotelu, najlepiej
widać na korytarzu... Ja tam otworzę i jak będą ich wynosić albo wyprowadzać to Pan im
krzyknie, że się pan nie gniewa, że wybaczył. Pan o tym śpiewa... Ja wiem i to na pewno
ważne. To może pójdziemy?
Nie miałem ochoty nigdzie iść, przeżywałem połączenie we mnie rozpaczliwego krzyku,
który usłyszałem, bólu wargi i smaku krwi, który teraz zaczynał mi puchnąć przed zębami i
wpływać dla mnie dokuczliwą świadomością tej ranki, którą tam miałem i od której
pocierania nie mogłem uwolnić się językiem. Miałem ochotę włożyć sobie w usta palec i
przeszkodzić temu natrętnemu kontaktowi, ale wyhamowałem po zewnętrznej stronie warg
naciskając tylko lekko nad brodą, próbując wyczuć zgrubienie i wikłając się przez to w
kolejne natręctwo. I tak z językiem i palcem wyczuwającymi się przez poranioną skórę
powoli pokręciłem głową na "nie".
- Mam panu zapewnić teraz komfort. Pedicure, manicure i masaż, na koszt hotelu. Żeby
dobrze Pan się poczuł i z wielkimi przeprosinami. Zresztą jutro przeprosi pana nasz
dyrektor, bo dziś ma pusty gabinet - przekazał informację, że zostanie panu zwrócone za
hotel potrójnie w ramach odszkodowania, a tymczasem personel ma zrobić wszystko żeby
pana ukoić i zadośćuczynić. Jesteśmy tu jednak tylko we dwie i ja potrafię manicure,
pedicure i masaż i chciałam.... zaoferować usługi
- Nie dziękuję. Proszę mi tylko dać, jeśli to możliwe pokój gdzie nie ma kamer i są drzwi
zamykane na klucz, i gdzie jest normalne łóżko, bez kółek i pościel inna niż szpitalna -
mówienie uwalnia mnie teraz od natręctwa. Krzyk był pojedynczy. Może potem zamknęli
im drzwi?
- Proszę nam tego nie robić. To znaczy nie dawać wyboru.. znaczy dać wybór żeby
zadośćuczynić. System zablokował wszystkie drzwi od normalnych pokoi i lokatorzy,
nawet w przypadku zagrożenia życia nie będą mogli z nich wyjść aż do późnego świtu.
Jedynie gabinet dyrektora jest otwarty, ale tam jest pełno kamer i my w tych kamerach
będziemy wyglądać strasznie, bo za wejście moje do tego gabinetu zapłacę palcami, a
tylko ja mam teraz klucz, bo koleżanki już... To znaczy nie da się gdzie indziej jak tylko do
gabinetu pedicure, mojego. Tam zrobię Panu herbaty takiej jak robią w północnej Afryce,
w Maghrebie. Jak byłam młodsza, chciałam studiować geografię i jeździć po czarnym
lądzie, ale od nas wycieczki były tylko do Maghrebu. Tunezja, wie Pan, Maroko i tam się
nauczyłam tej herbaty pić i robić. Z migdałami zrobię, taką wersję uroczystą, specjalnie dla
Pana, żeby odprężyć, odpocząć w środku nocy nareszcie, dać Mu ukojenie.
- Nic arabskiego... Nic z islamu... W każdym razie - kiedy indziej.
- Ale proszę się nie bać, ja nie utnę Mu palców, ja je wypielęgnuję najlepiej, otoczę opieką,
kamery są ale u mnie jest ich mało.. tylko jedna i chyba nie działa bo kiedyś słyszałam jak
skrzypi jak się obraca, a teraz już nie słychać tego skrzypienia.
Gabinet. Zgodziłem się na gabinet pełen półmroku, jakby sztucznego. Nie jak półmrok w
wyniku niedostatecznej ilości światła. Taki półmrok jak w zamkniętych i otwartych
przestrzeniach widywałem w snach. Wszystkie moje sny rozgrywały się zawsze w
półmroku i kiedyś mój przewodnik duchowy powiedział mi, ze złożonymi nabożnie dłońmi,
żebym się modlił o rozświetlenie tego półmroku, i że przyjdzie Zbawiciel i sny będą jasne i
wiem teraz dużo lepiej niż wtedy, że jestem grzesznikiem, bo półmrok ciągle mam gęsty w
snach, podejrzanie gęsty półmrok, w którym wszystko jest zatopione jak karp w galarecie i
sosie szarym - moje ulubione wigilijne danie. A teraz półmrok pojawia się w
rzeczywistości, może ja właśnie o tym śniłem. Może o tej krainie śnię przez cały czas, albo
ona o mnie śni i wypełnia mnie po cichu nocami, czekając aż gęstwa osiągnie
wystarczającą koncentrację, kiedy tak bardzo się boję być dobrym człowiekiem, który jest
prostym w obsłudze narzędziem w rękach wielkiego zła.
W półmroku istnieje światło, niewyraźne pod sufitem, który wydaje być się imitacją sufitu.
Materią udającą sufit, pozbawioną bożej iskry, pierwiastka życia. Otaczają mnie martwe
tkanki, takie mam wrażenie. Martwe tkanki dotykają mnie oparciami foteli, wewnętrzną
stroną ubrań. Coś...
.... miękko upadło na podłogę. Ciapnęło.
- Przepraszam.... wypadła mi ekspresówka... ależ gafa...
Podążyłem wzrokiem za jej dłonią i obok stopy zauważyłem mokrą torebeczkę herbaty
ekspresowej w malutkiej kałuży i wydawało mi się jakbym poczuł gdzieś, przebieranie
małych nóżek. Wyobraziłem sobie od razu owada. Karalucha przewróconego w kałuży, jak
przebiera nóżkami i desperacko wymachuje czułkami, które jako cienie na ścianie są
groźne jak bicze gotowe złapać mnie za własny cień i ściągnąć w to wszystko - zaczęła
płakać.
- Nie płacz - choć jej płacz mnie uwolnił od całego tego nabrzmiewającego nawału myśli,
banalnie, jakby ktoś rozbił coś cennego i oczyścił tym myśli wszystkich w promieniu
widzialnego. Efekt, który czasem wykorzystywali muzycy, którzy wykorzystywali odgłosy.
Nawałnica i stop - płacz w ciszy. - Nie płacz... nie przejmuj się, mówiłem cicho i z bliska,
kiedy podszedłem do niej skulonej w zatrzymanym geście podnoszenia torebki z podłogi.
[cdn.]
|
|