W zamyśle reżysera Janusza Opryńskiego "Klątwa" miała być polskim, ludowym odpowiednikiem greckiej tragedii. Reżyser poszedł tym tropem. Główni bohaterowie przybierają hieratyczne, posągowe postawy, recytują swoje kwestie, wstępując i zstępując z masywnych drewnianych pni. Wiejska społeczność pełni rolę chóru, w siedzącym półokręgu przygląda się wydarzeniom na podwórzu wiejskiej plebanii, komentuje i wygłasza śpiewne repliki. Pomiędzy protagonistami rozgrywa się natomiast dziwna, nie do końca zrozumiała gra. Głównymi postaciami są Ksiądz i jego gospodyni - Młoda. Od kilku lat żyją oni ze sobą w grzesznym związku i mają dwójkę dzieci. Kiedy wieś nawiedza susza, mieszkańcy proszą o ratunek żyjącego nieopodal Pustelnika, który ogłasza konieczność złożenia ofiary. Młoda podejmuje decyzję o złożeniu na ofiarnym stosie życia swojego i dzieci i tym samym porusza lawinę nieszczęść zagrażających całej społeczności.
Zainspirowany autentyczną wiadomością z kroniki kryminalnej dramat Wyspiańskiego ma wszystkie zalety tekstu otwartego. Tytułowa "Klątwa" nie jest wypowiedziana wyraźnie, motywy bohaterów są niejasne, decyzja o szaleńczym samospaleniu narasta stopniowo wraz z tężejącym aż do finału nastrojem zagrożenia i niepewności.
Najbardziej wyrazista okazała się rola Młodej, która za pozorami racjonalnych decyzji skrywa rozpacz i obłęd. To ona bierze na siebie rolę kozła ofiarnego, a jej ofiara ma oczyścić i uzdrowić życie wiejskiej społeczności. Wspaniale wykonane śpiewy archaiczne, surowość gry aktorów i ich warsztatowa sprawność nie wystarczyły, aby wyrwać konflikt z realistycznej, obyczajowej otoczki i nadać mu rysy uniwersalne. Dodatkowo sprawę skomplikował młodopolski język sztuki, bardzo nieczytelny, miejscami brzmiący prawie jak język obcy. Spektakl zbudowany z tak różnych konwencji nieustannie balansował pomiędzy grą symbolami a realizmem. Finał, gdy prawdziwym ogniem płonie słomiany dach sztucznej plebanii, dobitnie ujawnia rozdarcie pomiędzy wysokim tonem teatru słowa i widowiskową dosłownością.