Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Szlafrok Czempiona
!montagproject | proza / poetycka

Szlafrok Czempiona

Kiedy w pierwszej chwili pomyślała... (prawdopodobnie po pierwszej połowie zakupów w takt muzyki, w centrum handlowym) kupiła mi szlafrok czempiona (och tak, było to już po pierwszym razie, po kilku pierwszych razach). Duży i błyszczący, w którym miała się toczyć część naszego dalszego życia poprzez gestykulację, z którą był w pakiecie. Szlafrok, zapakowany w przeźroczysty plastik można było zawiązywać jako wstęp do zapalenia papierosa, i rozwiązywać pociągnięciem wcześniej. W nim miałem dokonać szturmu na jej komórki jajowe w trakcie owacji tłumu - tak to miało wyglądać.

Wybuchowy pot w stu tysiącach sportowych atmosfer, i zapowiadacz z muchą, która drgała mu od żucia gumy bez cukru (aspartam), na krtani i nawet... Nawet były laski z rundami, w strojach kąpielowych obnoszące swoje numery - jako opowieści z przeszłości o moich byłych, które zostawiłem na innych ringach, na których krążą bez celu albo grają teraz w innych pornosach dla bokserów, dla ludzi kultury fizycznej i sztuki na k.

Banalne? Ależ tak. Właśnie tak miałem skończyć akcję, w przewidywalny, standardowy sposób. Gong w łuki brwi w krwi - nieprzytomny wyraz. Ciało pokotem na deskach w łomot, rozłożone nogi, omdlenie we fleszu, którego moje oczy (brwiami przekrwionymi - i bark co nie nada się na reklamę antyperspirantów) nie widzą, ale czuję że lecę, że paparazzi oślepiają mi twarz małymi ikonkami błyskawic odbiciami mojego orgazmu (płynącymi w żyle na bicepsie), po którym na pępku poczuję wielkie zimno złotego pasa. I kiedy z pasem wpół pasa zwalę się na deski, gruchocząc lusterka i ornamenty. Herby, w których rękawice jak wielkie pośladki zbliżyły się do siebie i pomiędzy nimi błyskawiczka, piorunik Początek supernowej planetki. Small Bang!

Potem w stabilizację. Właśnie. Do tego potrzebne było moje ukoronowanie kariery czempiona i żeby dalej, spokojnie, kolejne mecze, już jako całkiem czempion. I szlafrok czempiona, z którego mnie rozbiera na stojąco i szlafrok, w którym siadam czempionem spocony, wpluwam do wiaderka ośliniony protektor. Potem żeby wokół mnie sekundanci, przeniesieni, w ringu z fragmentem knajpianych stolików, chłodzący piwem lanym, nawijają mi, zmieniają się w karuzelce, jak figurki z szopki. W zależności od stażu napięci lub luźni, aktywni jak żele, zdezelowani, wymienieni na lepszy model z piosenki (ta piosenka tutaj?). Otaczają mnie ramionami, poklepują, tkają z nich kokon, pajęczynę, kropelkami ślin, rozciągliwymi nitkami, którymi myślę o protektorze.

Ale najpierw, najpierw trzeba zdobyć złoty pas, dlatego w locker room słyszę znowu namowy, żeby wreszcie bez kasku, bez protektora, że to jest prawdziwy boks z przyszłością, a z zabawkami to jest tylko zabawa. Nawet przychodzi ksiądz. Pojawia się po kolędzie po walce, kiedy leżę w pustej szatni i dłonie oglądam zabandażowane. I mówi "jestem czarny ale jestem aniołem, popatrz jaką mam ładną ambonkę w gotyckim stylu, prosto z twojego kościółka, to tak jakby mamusia trzymała Cię za rękę, synku. Pamiętaj o garniturku komunijnym, pamiętaj o sukieneczkach białych z falbankami - już wtedy czytałem w twoich myślach, jako proboszcz cukrzyk, już wtedy Ci mówiłem, że to taki wstęp do stabilizacji, że to pierwsze pożegnanie dzieciństwa i żebyś był gotów do ślubu, chrzcin i pogrzebów, i żebyś liczb nie pomylił i garniturów".

Ale jego szept gaśnie z dymem, jak świeca, a ja paląc papierosa, patrząc w noc gdzie tlił się jeszcze szlafrok, jak miała włączone światło w łazience i smarowała się ofertą drogerii, zaczynałem czuć, że nie mam smykałki. Że nie dla mnie hymn i organy, nie dla mnie margaryna rodzinna z godłem. W oczach przesuwałem wywózki do supermarketów, i tam pojawił się pierwszy niepokój bo nigdy już nie byliśmy razem na szlafrokach, za to znajdowaliśmy się niby przypadkiem na kolorowej alejce pełnej uśmiechniętych tekturowych dzieci i powodów do tego szczęścia w postaci śpioszków, cumelków, kocyków w bokserki i buteleczek (tak to tutaj bije źródło tej dokuczliwej miniaturyzacji - dopiero teraz się zorientowałem?) bezpiecznych. Ależ nie... to w nawiasie wiedziałem już wcześniej, coraz śmielej pojawiało się włożone pomiędzy kanapki, pomiędzy filmy na kanapie. Nawet kiedy mówiłem - wydawało mi się że komedie romantyczne zatrzymują się w innym momencie. Obejrzeliśmy Family Mena i czułem, że moja niechęć do bokserskiej kariery [...] !!!

Bo czyż inni bokserzy nie są naturalną częścią boksu? Czempion o tym nie myśli, wie. Bo weźmy takiego Balboa, co mu już mgiełka zasłaniała oczy ale miłość, miłość pomogła mu zwyciężyć, bo czempion, który właśnie się rozkleja, który właśnie siedzi nagi i bezbronny w zabandażowanych rękach, jak stygmatyk, czempion, który patrzy na swoje cuchnące buty w świetle kaprawych świetlówek i zaczyna widzieć buciki - tym razem swoje, bezbronne, ze śladami zużycia, które kupiła mu mama i kurteczkę, z wielkim czerwonym jabłkiem - wtedy czuje, że jest zimno i że wychodził na ring i robił to wszystko z pragnienia ciepła, gdyż w męskich szatniach poza ringiem jest zimno. Rzędy metalowych szafek są jak wierzchołki gór lodowych - promieniuje z nich chłód i metaliczne zgrzyty, promieniują z nich przyklejane gumą do żucia zimne piersi papierowych blondynek, laminowane uśmiechy gwiazdek. Wysypują się z nich zimne tornistry z temperówkami w żółwiki, a kiedy gaśnie światło, drzwi stają się trumnami z których szczękają deszcze dzwoniące o metal, fruwają proporczyki drużyn, zjechane taśmy z porno, listy, dłonie pod kołdrami. Pod szafkami walają się wyśmiane przez innych wiersze, spalone ze wstydu szkolne miłości.

Bo czyż inni bokserzy? Znowu zauważeni, którzy przecież zawsze tu byli, wypełzali z szatni przeszłych i przyszłych, knuli po zaułkach, w telewizjach pokazywali pokazowe walki i przysiadywali się w narożnikach, kiedy to moi sekundanci przysiadali się do mnie. Przecież nie dawno oglądaliśmy to nawet razem, u pobranych znajomych, świeżo z mistrzowskim pasem na poplamionej ścianie, którego naprawdę gratulowałem i wypiłem za dużo jak oglądaliśmy DVD po walce, jeszcze raz i jeszcze raz - wszystko - puls, najdrobniejsze poruszenia - i jeszcze raz, i jeszcze raz - do tego komplet zdjęć. Tępe szczęście czempiona, który tak pokazowo zrobił swoje. "Kiedyś go znałam " - powiedziała mi - "kiedyś byliśmy razem" - powiedziała - "jak mnie poznał powiedział "strzelimy bliźniaki"" - mi. Tak, ale nie wyszło, a teraz proszę. Klapki, stabilizacja, piwko i meczyk - grzeczny piesek.

Więc walki stawały się coraz rzadsze. Nawet jeśli to teraz żenujące, walki - powiadam - stawały się coraz rzadsze. Walki, waleczki, wałki, papiloty, motyle, zakupy, kanapki, wieczory, szurające kapcie, klimat umiarkowany, poza wrzawą, poza centrum uwagi. Malowanie ścian, mycie okien, naprawianie zlewu, żeby mnie czymś zająć, spotrzebować i razem z tym zajęciem napływały preteksty i nawoływania i też wokół zaczynali gromadzić się inni bokserzy. Weterani spragnieni drugiej szansy, szykujący się do comebacku, i nowi, czujący, że czempion słabnie, że coraz rzadziej podnosi się ze stołka, że coraz bardziej gorzka w ustach jest wrzawa i, że dolatuje jakby znad martwej wody, pod którą on już, przyszłościowo, płynie na trupa i zaraz zwinie się w pozycję embrionalną i pójdzie na dół, jak batyskaf, jak podkład kolejowy z mostu, który się zawalił, na którymś z tych filmów ze ślubem w finale, do których jadło się czekoladki i tyło.

I pojawiali się, w telefonach - pytający co słychać, domagający się spotkań pod pretekstem, udający, że mają co innego do roboty i wcale nie o to chodzi. Pojawiali się w chińskich szlafrokach, chodzący pod oknami, z wielkimi szkłami powiększającymi genitalia, które pokazywali ważąc w rękach jądra, obmacując się sami, pogwizdując z włoska na włoskich deptakach, podjeżdżając terenówkami, coupe'ami i hatchbackami, z wizgiem opon, z klaksonem w melodyjki. Prężyli muskuły w pasiastych trykotach. A nawet więcej, pojawiali się w przejściach i na zakupach i nawet w szeptach jej grubych przyjaciółek, co chciały by im znalazła kogoś, kto im powie, i jakby w zamian od razu umawiały z jakimś kuzynem, z którym nieoczekiwanie spędziliśmy sylwestra, w większym gronie, dla oczywistej, choć delikatnej niepoznaki.

I cóż, że tamten upił się, czterdziestoletni looser z wadą uzębienia w brudnych dżinsach. I nawet na początku mi podle ulżyło, ale szybko zdałem sobie sprawę, z wielkości jej desperacji, z szerokości zakrojenia akcji, z sita o dużych dziurach, żeby przepuściły każdego ratlera, boksera, buldoga, debila, bo nawet tacy musieli zdawać się jej warci uwagi. Lepsi. Od tego lepsi wyszedłem na pełen nocy balkon i na mrozie zaciągałem się papierosem, cienkim, damskim, miętowym, poczęstowanym podczas konwersacji z wszystkimi kobietami na imprezie, gdyż postanowiłem nie być bez grzechu gestów, myśli i mów - pytań o pasje i zainteresowania. W nocy.

Żeby pomóc sobie w decyzji poszliśmy do lunaparku, którego... A może nie żeby pomóc, może by, zupełnie jak w komediach romantycznych i kinach familijnych coś odnaleźć, zrestartować, coś co siadło, straciło smak, kiedy nie udzieliłem prawidłowej odpowiedzi, na odarte z metafor pytanie - no to kiedy dziecko? Więc może tego dziecka poszliśmy tam szukać, pojąłem kupując bilet, może tym chce mnie tutaj nasączyć i nawet postanowiłem to kupić, dać się uwieść, otworzyć. Szliśmy pomiędzy trupami karuzeli, lunapark przepływał przez nas szumem drzew, zapachem grillowanych kiełbasek i wat cukrowych, zgrzytem mechanizmów, piskiem dziewcząt, chichotami dziewczynek z warkoczykami, białymi sandałkami, spojrzeniami zużytych starców, którzy kręcili biznesy, wyglądali zza brudnych szyb kiosków z gumkami do włosów. Zmurszałe wycieczkowe statki na mętnym jeziorze, papieros w ustach kobiety, rozdeptane klapki - a to Pani Kapitan szarych wód śródlądowych, lunaparkowych matrosów, portowych baraków w krzywe i wyblakłe diabły.

Tam spróbowała poczuć mnie mężczyzną, jak wsiadaliśmy do wagonika i wjechaliśmy w żałość olejnego smoka, nacierały na nas fosforyzujące szkielety ze szkół, charczące głośniki puszczały łóżkowe jęki grzeszników, brakowało tylko księdza wieszającego pod nimi cytaty z Biblii, koniecznie ten o Onanie, jego ulubiony, prawą mocniejszą ręką. Potem w gumowe pająki i dyskotekowe świetlówki, aż wreszcie wagonik zatrzymał się i z mroku wyskoczył spory szatan w kudłatej czerni, złapał rękami za wagonik i ryknął, uczepił się, potrząsał, skakał i to był początek końca, to nas pogrążyło, nie poszliśmy w archetypy, w przytulenia, w ja ciebie obronię. Siedzieliśmy odsunięci od siebie, patrząc na niego obojętnie, grzeczni jak klienci w reklamie banku, czekaliśmy aż skoczy, zgodnie z chronometrażem wykona swoją pracę i dalej będziemy uczestniczyć w atrakcji. Dalej był wyjazd na zewnątrz, słońce, cukrowa wata (inne stoisko).

Było źle. Lunapark nas nie zapładniał, im dalej w niego szliśmy tym okazywał się smutniejszy, bardziej odrapany, zdezelowany, prawie martwy. Dziecięce wspomnienia o magicznym miejscu topniały, rozpadały się jak domki w polu rażenia bomby atomowej, zostawał gąszcz odrapanego żelastwa, pękającego plastiku, gnijących kiosków, wyblakłych lalek za ich szybkami. Dzieciństwo, dziecięctwo, rodzinność, szkolne przygody bankrutowały wokół na całego, wszelkie szczęście i oczarowanie okazywało się ułudą, zużytym trikiem tandeciarzy. Miłość robiła się tania i rozmieniała na gąbczaste różyczki z cuchnących dymem strzelnic, a wszelkie tańce godowe zamieniały się w pojedynki gumowych samochodzików, duszne i najeżone przepalonymi żarówkami. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej lunapark się obnażał, pokazywał mi się jeszcze głębiej, jakby chciał sprawdzić, jak bardzo gotowy jestem na prawdę, jak daleko się posunę. Wtedy w samym środku pustyni pojawił się totem.

Totem był w kształcie kwadratowej litery C, około dwóch metrów wysokości. W żywych pomarańczowo-czerwono-żółtych kolorach. Miał na sobie wymalowane błyskawice, wściekłe oczy, zacięte twarze i muskularne brązowe bicepsy dwóch bokserów. Jeden zadawał wkurwiony śmiertelny cios z niebios, drugi walił się do piekła z gorzko nieprzytomną miną, pokonany, mniejszy. Nad jego ostatnią rękawicą była oprawiona w srebro szczelina "wrzuć monetę". I ona zrobiła mi to, wrzuciła monetę co spadała w ciemności, odbijając się od wszystkich zimnych szafek, bębniąc o metalowe stelaże ławek w locker-roomie, tocząc się po betonowej podłodze, pomiędzy butami, do przodu, zawzięcie, a kiedy wytoczyła się na halę widowiskową rozbłysły wszystkie żaróweczki, żółte, czerwone, pomarańczowe i z głośników popłynęła ośmiobitowa wrzawa. Moneta wyrzucona z rozpędu, wzbita na jakimś załamaniu podłogi poszybowała na stolik sędziów i z brzękiem uderzyła w gong.


Z górnej części kwadratowego C otworzyła się bokserska gruszka i zatrzymała tuż przed moim nosem. Zrozumiałem, że muszę uderzyć. Od razu spociłem się jak mysz, wciągana w gardło gada. Zamach i nagle, w nieznośnie długi i cichy ułamek sekundy, zapragnąłem to mieć już za wszelką cenę z głowy i z barków - uderzyłem słabo, tak słabo, że mógłbym od razu stać się liściem zamiecionym przez wiatr. Gruszka zamknęła się z trzaskiem. Światło w żarówkach spadło na sam dół. I wszystko siadło w plastikowym jęku rozczarowania.

Patrzyła na mnie tak jakbym właśnie przepuścił oszczędności jej życia. Od tej pory słów było mniej. Staliśmy obok zgasłego C jak obok zamkniętego sezamu. Chwilowy bezruch i zaraz ciąg dalszy spektaklu, w którym pojawiła się grupa osiłków z siłki. Nawet nie pojawiła, stali za nami w kolejce, jakby miało się właśnie okazać, że to jakaś centralna atrakcja lunaparku, do której wszystkie inne karuzelki, rollercoastery, strzelnice były tylko grą wstępną. Zrobili nieregularny półokrąg, po czym kolejno podchodzili i walili w gruchę agresywnie, dziko, a ona odskakiwała z jękiem. Totem trząsł się i błyskał żarówkami. Brzęk monety i znowu, znowu, znowu. Gapiła się na to wryta jak słup soli, nieruchomo, z rozdziawionymi oczyma. Czekałem ale nic się nie zmieniało. Nie odezwałem się. Nie dotknąłem. W końcu po prostu zacząłem odchodzić. Z daleka poszła za mną, a za nią szumiał głośno sztuczny tłum, kolesie spluwali i kurwowali a propos. W końcu ktoś uderzył na maksa. Totem brzęknął i zachwiał się. Kolesie zamarli w podziwie, i zaraz głośniki eksplodowały wrzawą i sztucznym głosem krzyczącym ośmiobitowe "Unbelievable [...]!!!".

Wracaliśmy tym bardziej w milczeniu. Które przerwałem tylko zwięzłą informacją, że idę się odlać. Stanąłem na tyłach baraku w smoki i diabły, plecami do lunaparkowego Lacus Asphaltites. Ciepło polewałem gnijące deski doświadczając zapachów moich poprzedników w podobnych planach. Kiedy już miałem zapinać otworzyły się drzwi, nagle, obok mnie, tuż obok twarzy. Musiałem nie zauważyć, że tam były, celowo obite takimi samymi listewkami jak reszta baraku, z niewidoczną klamką. Zza drzwi wypadł szatan w kudłatej czerni, choć to nie była już czerń, raczej reprezentant taniego proszku w reklamie Perły Black. Zapachniało potem, papierosami. Szatan zdjął szybkim ruchem głowę i stał się zmęczonym facetem, o którym nie wypadało mówić, że jest w sile wieku. Był gruby, słaby i dyszał. Zwiesił spoconą łysiejącą głowę z rzadkimi włosami po bokach i oparł dłonie na udach próbując uspokoić oddech. Zapiąłem się, odwróciłem i stałem obok niego, żałując, że nie mam papierosów i nie mogę go poczęstować. Za to on miał. Wyprostował się trochę, zauważył, wyjął paczkę, podsunął, zapaliliśmy.

- Dosyć... - zaczął wydmuchując dym - kurwa, mam dosyć...
W odpowiedzi milczałem ze zrozumieniem, kiwałem głową.
-Uczyłem kiedyś ekonomii, wiesz? Na uniwerku. Doktor nauk ekonomicznych. Tak to sobie wszystko wymyśliłem, Dom, żona, ogród, praca z młodzieżą...
- Nie wyszło.... - zaryzykowałem. Bardzo chciałem zostać w porozumieniu, w którym między słowami było tyle milczenia, którego dawno nie zaznałem. Ciszy zupełnie innej niż wcześniejsza. Nie odpowiedział słowami, kiwnął głową, wypuścił dym, popatrzył na statek, potem na zegarek. W odpowiedzi też wypuściłem dym. Popatrzyłem na swoje buty, potem na jego. Nie miał butów szatana, miał czarne szmaciaki. Pewnie mu w tym gównie gorąco, to chociaż na nogach sobie folguje - przeleciało mi przez głowę.
- Muszę to rzucić... - powiedział zaciągając się powoli - zżera mi zdrowie i ponad połowę kasy, którą tu zarabiam... - po czym dodał - normalnie....
Pet zgasł z sykiem w jeziorze. Facet nałożył głowę diabła, odwrócił się do mnie i na pożegnanie mruknął - Jestem krótkowidzem, więc nawet nie wiem kim jesteś, ale lubię gadać z ludźmi co szczają na ten barak, sam też to kiedyś oleję. Ale na razie do roboty...

Sam też musiałem wracać i milczeć zupełnie innym milczeniem, choć wcale nie chciałem skojarzeń z wierszami polskich poetów. Znów szliśmy, nawet zamykając się na dźwięki lunaparku, wypuszczając go z siebie długim zrezygnowanym wytchnieniem. Wychodząc poza bramę z napisem "Wesołe Miasteczko" poczułem ten rodzaj ulgi, którzy przychodzi wraz z całkowitą utratą nadziei. Milczenie trwało nadal przechodząc w kolejne swoje odmiany - milczenie w samochodzie z radiem i bez (milczenie szos i parkingów), milczenie otwierania drzwi i wchodzenia po schodach, milczenie otwierania drzwi i mieszkania, w inne pokoje, martwiąc się, że w końcu trzeba będzie coś przedsiębrać - jakoś razem.

Od rana dom zaczynał wszędzie przypominać mi lunapark, za to przestrzeń wokół roiła się od bokserskiego życia. Ze zdwojoną energią pod oknami zbierali się spragnieni boksu mężczyźni. Nowi i starzy, z jej coraz dalszej przeszłości. Ponoć nawet zjawił się jakiś przedszkolny kolega. Rozbijali namioty, podświetlane nocami lampą, zjeżdżali, wracali z bagażami wspomnień, wyjmowali zdjęcia sportowe i rodzinne, przyjechał nawet jakiś grafik i porobił im wszystkim fotomontaże z nią w postaci starych ślubnych zdjęć, które w twardych stalowych ramkach wrzucali nam przez zamknięte okna, wysypując z nich szkło i numery telefonów. Po bramach i zakątkach wybuchały sparingi. To wszystko jakoś zbiegło się ze świętem miasta, w którego centrum, jak się okazało był nasz dom. Kiedy wychodziłem do pracy przebijając się przez namiotowe miasteczko udawali, że nie wiem kim jestem. Zamieniali się w przypadkowych turystów, przechodniów, uczestników gry w karty na czyichś wyniesionych meblach. Drogi do prac, rodziców, kin i sklepów stawały się coraz bardziej kręte i musiały przechodzić przez wszystkie dzielnice namiotowego miasteczka, tętniącego życiem targowiska czempionów. W kolejnym tygodniu obchodów zjechali nawet trenerzy. Same legendy. Porozstawiali przenośne ringi i zaczęłi doglądać kandydatów, patrząc im w zęby, mierząc obwody bicepsów. Potem styliści oceniający jakość uczesania, proszący wszystkich o przybieranie póz. Atak głową do przodu, walenie się na deski, zacięte wyrazy twarzy. Przyjechała podobno nawet jakaś Debbie z Dallas, z tłumaczem, bić seksualny rekord świata.

Więc nie wracałem do domu. Zostawałem w pracy, albo dłużej na treningach, z jakąś inną motywacją, której nie byłem sobie w stanie wytłumaczyć, a może bałem się dojść do wniosku, że chodzi o to, że nie chcę wracać, nie chcę przechodzić przez tłum konkurentów, do milczenia w domu. Dłuższe pobyty na treningach, i nawet jakiś strach odpychał od locker roomu, gdzie trzeba na nowo założyć na siebie całą tę cywilizację i zupełnie nie jak na pościgach kluczyk do stacyjki i jechać w wymarły związek, w opustoszałe role. Z tyłu duża torba na ciuchy i odżywki białkowe, pod którymi drzemie strach, że otworzy mi spocony bokser, ubrany w mój szlafrok i powie - ćśśśśś - przykładając rękawicę do płaskiego nosa i wydatnych warg - właśnie ją znokautowałem i jest nieprzytomna, ale nic do Ciebie nie mam. Bokserska solidarność.

Kiedy zacząłem się pakować okazało się, że jest tego dużo. Papierowe skrzynki w bokserskie rękawice, w uśmiechnięte misie i kotki. Pakowałem wszystkich mnie, całego siebie do środka i wynosiłem pośród zacierania rąk. Abdykowałem. Poklepywany po plecach, nie wiem czy w podzięce za to, że usuwam się z ringu, że kończę karierę, czy w jakimś odruchu bokserskiej solidarności, sportowego ducha. Jadąc ostatnim transportem, wioząc tylko torbę z bielizną, wybrałem drogę przez uniwersytet, zmyśloną przez siebie dzielnicę gejowską z budynkami w tęczowych kolorach, potem lasy pszczyńskie pełne prostytutek, odżywiających się mikrobigosami w barach barakowych. Patrzyłem w dresy alfonsom, w łańcuchy, w mokasyny. Zamawiałem drinki w burdelach, nie wchodząc w dalsze podwoje, wybrałem się nad rzekę łowić ryby na dłoń (nie udało się), podążałem za plakatami werbunkowymi armii, zakonów i sekt, dochodząc do wniosku, że na świecie jest za dużo kiepskiej poligrafii. Byle dalej od sportu. Kupowałem mapy i wycinałem z nich obiekty sportowe, oszczędzając tylko baseny z aqua-aerobikiem. W końcu uświadomiłem sobie, że od dawna nie wracam do domu, że to żadna droga tylko zwykła włóczęga, na której czułem się dobrze, resetowałem świat, odbijałem się w krzywych lustrach, poszedłem nawet do niemego kina porno. To chyba było w Pradze, choć film był z Hiszpanii. Angażowałem się w konwersacje w pociągach do przypadkowych miast, z przypadkowymi ludźmi.


Aż w końcu kiedy całkowicie poczułem, że nie jestem bokserem i nie jestem na świecie sam, mogłem wrócić do pustego domu i zacząć wyrzucać wszystkie zwiezione rzeczy.

W nowy początek. W kogoś innego.



Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.