Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
1
!montagproject | proza / publicystyczna



Konieczność neutralizacji innych pojawia się dokuczliwie w przedziałach pierwszej klasy, gdzie jedziesz przepity i przejedzony jak niemowlę, tak jedziesz, że bardziej pasuje powiedzenie, że jesteś wieziony, całkiem niezależnie, ustawiony w jednym posłusznym miejscu z numerkiem nad oknem czytasz niemiecki fragment magazynu o japońskim dyrygencie. Dyrygent w koszuli na łące i coś tam, że "natur", dyrygent macha rękami z rozwianym nieruchomym włosem (stopklatka) i z batutą w ręce, od której jak akrobaci odbijają się spojrzenia głodnych pań (konzert) i od tego się zaczyna, starasz go sobie sobie zneutralizować ubierając w brudne kalesony, sadzając na kiblach, palcami modelując mu usta w zakłopotany grymas - japoński dyrygent srający w chłodnym operowym kiblu nam nie straszny, podobnie nam nie straszny w trakcie łóżkowego niepowodzenia z niezadowoloną z nic-nie-czucia w momencie penetracji murzynką (ach te japońskie małe fiutki) taaaa..... (żebyś ty choć nim machał jak tą batutą japończe, to coś by z ciebie było, z seksu by było coś). I w ten sposób inaczej interpretujesz jego twórczy gniew, jego twarzowy wkurw na czarobiałym zdjęciu obok biletu rodzinnego DB w reklamie, że niby chodzi że ekspresję tym bardziej podkreślisz, ale Ty - mój drogi, już się wtedy uśmiechasz do grubej pani konduktor, uśmiech w Bitte, że tak powiem bo jej nie musisz sobie neutralizować, zwłaszcza, że taka usłużna, że aż jakby zintegrować się można, mówiąc (szkoda, że nie znam niemieckiego) taki japończyk słynny a pewnie ma małego fiutka.

Przestudiowanie dokładnego rozkładu jazdy robi za pauzę

Jak okiem sięgnąć mężczyźni w garniturach rozkładają przyfotelowe blaty, na których konduktorzy stawiają clausthallery (inne niż na reklamie - na reklamie były alkohol frei). Owi sięgają rękami z zegarkami równo po szklanki na blatach. To nawet nie ich mózgi programują ruch, robią choreo jak pod batutę nieruchomą (hahaha pun intended) japończyka z fotki - to ich zegarki naręczne, których sekundniki idą marszowo dokładnie cyk, kiedy inne cyk i nawet cyferblaty mają takie same średnice - kwadratisch-praktisch-gut-jak czekoladki Ritter Sport, przełamywane w różnych okolicznościach w innych porach niż reklamowane u nas knoppersy. Zegarki wpite w przeguby pociągają za żyłki, za sznureczki, impulsy domięśniowe i ich ręce jednocześnie sięgają po szklanki, przykładając do ich jednoczesnych twarzy, otwierając butne usta - wlew. Dalekim echem sekundników drżą pijącym jabłka, które im ugrzęzło, jak mówi Pismo (gówno prawda). Sekundniki gardłami odmierzają równe łyki. Jak w mikroskopie elektronowym powiększamy jednostki czasu, przekładamy na ruch i zmiany objętości - my niemcy z pierwszej klasy Inter City Ekspress, zsychronizowani, symetryczni, aseptyczni. Gdy ręce odkładają (To para, co z kotła rurami do tłoków), to zgodnie ze szczelinami pomiędzy szynami, przejeżdżanymi przez koło wagonu w jednostce czasu idealnie pomiędzy startem (a tłoki kołami ruszają z dwóch boków) a stopem sekundników - ich batut. Wypili równą odległość.

Potrzebne jest zakłócenie

Pojawia się ( Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...) człowiek poza czasem, nadmiarowy zwłaszcza w pasie, z zamaskowanymi siwą brodą trzema podbródkami, człowiek o życiu sprawiającym bóle i wymagającym wysiłków żeby ruszyć czymkolwiek. Żadna z jego kończyn nie nadaje się na japończyka. Toczy się gruby, poci się pomimo zimy i klimy, jakby nieszczęśliwie już wiedział, że nawet w rozłożystym fotelu nie będzie mu wygodnie. Pas wpije mu się w pępek wytłuszczając mu brzucho ponad - boląc, dusząc - siada i odpoczywa ociężale. Oddycha. Oddycha. Oddycha. Wzdycha. Stęka. Odpoczął. Zaczyna majstrować przy fotelu, z wyraźnym wysiłkiem. Konieczność modyfikacji pojawia się dokuczliwie w fotelach pierwszej klasy. Kiedy jesteś grubym starcem zawsze ci będzie niewygodnie, a możliwości jest wiele i to sprawia, że zamiast siedzieć spokojnie, mimo uciążliwej tuszy, majstrujesz. To wyjeżdżasz siedzeniem, to pochylasz oparcie, to podnosisz poduszkę, ale okazuje się, że podniesiona powoduje wyjeżdżanie dupy, więc wsuwasz siedzenie, to podnosisz oparcie, to opuszczasz poduszkę, ale tak się źle siedzi, więc może jednak poduszka wsunięta i oparcie jak najdalej do tyłu, wtedy brzuch wypłynie z paska jak balon lub biust w odpowiednim staniku. Nie dość, że narasta zmęczenie i pot spływa po czole zbudowanym z białka wieprzowego jedzonych przez lata bratwurstów, oddech staje się słyszalny i o mały włos rozkładane oparncie nie przewraca wysokiej szklanki, w połowie pełnej piwa.

Zakłócenie

Zrywa się ten od tej szklanki, ignoruje zegarek impulsem posyłanym gdzieś z brzucha, chce ochronić piwo i ochronić laptopa trzymanego na kolanach, pełnego ważnych danych - strachliwie podniesionych. Raz. Eins. Od razu usta spierzchnięte moczą się w żółtym piwie i jabłko ciągnie łyki desperacko, dziko, wyłamując paznokcie wszystkim zegarmistrzom, burząc struktury, zalewając cyferblaty. Wskazówki chrzęszczą między oblewanymi spienionym piwem zębami. Niemiec ratuje dane, z ulgą stuka pustą szklanką o blat, jakby mówił - pierdolę wszystko. Dyrygent na obrazku wygląda bezsilnie, nieruchomo. Zapada cisza, a wszyscy bezradnie symulują jej nieobecność, wgapiając się w ekrany, chrząkając. Ale nierówno, nierówno.... improwizują to widać - są niepewni. Gruby poluzowuje poluzowany krawat, stęka nieruchomo, kurczowo obejmując poręcze fotela. Nawet nie drgnę - myśli tłuszcz na jego udach. Pomagam, muszę im pomóc. Wstaję, upuszczam wyciąg z Handelsblattu, chodzę, gmeram bez celu, czytam numerki, drapię się po głowie i ziewam. Ja polak, ofiarnie was tutaj ratuję, wprowadzam chaos, biorę za niego winę (mamy narodową tradycję bycia mimowolnie chrystusem) uwalniając was od wyrzutów sumienia - was? Was, tak was. Już możecie zwierać szyki, pod moją obronę uciekać się. Zwalić na mnie. Gruby już sapie, a ja staram się wyglądać bezradnie. Nie mam zegarka, podwijam rękawy naciągniętego swetra. Siadam. Myślę.

Myślę

Wiem czemu. Znam jeszcze jedną przyczynę czemu się speszyli, teraz jakby bardziej z ulgą oparci głowami o boki foteli, wzdychają - już jednocześnie wbijając wzrokiem w sufit swoją martwą ulgę, rozchylając usta, żeby zrobić miejsce wydechom. Sterowanie przywrócone, ale system musi wrócić do homeostazy. Wiem czemu. Szklanka okazała się za wysoka. W idealnym mechaniźmie ujawniłem potencjał katastrofy. Zazębiające się idealnie kółka, kryły w sobie ryzyko rozwalenia systamu od środka. Producenci szklanki nie wzięli pod uwagę konsekwencji maksymalnego rozłożenia oparcia fotela. Producenci foteli nie wzięli pod uwagę wysokości szklanki. Producenci pociągu nie wzięli tego pod uwagę przy rozmieszczaniu foteli. Nie wiem czemu. Oni pewnie też zachodzą teraz w głowę. Teraz na laptopach ludzi w pociągu pojawią się części tego problemu. Będą go musieli jednocześnie rozwikłać - podjąć działania. Od razu przychodzi gruba konduktor - zabiera wstydliwie pustą szklankę, nierównomiernie opróżnioną, co widać po krążkach pianki.


Zamknięcie oczu - otwarcie oczu


Konieczność neutralizacji innych pojawia się dokuczliwie w przedziałach pierwszej klasy, gdzie siedzi przejedzony długoletnio wieprz. Trzeba przyznać że jak już się wymościł to skurwysyn budzi respekt. Twarz ma nalaną z grymasem jakby wszystko go wkurwiało i wszystkim gardził. Stęka, wyjmuje z kieszeni kartonik. Myślę od razu, że to jakieś leki na serce, ale nie, w środku jest blaszane pudełeczko z cukierkami. Pewnie tłuszcz brzucha domaga mu się węglowodanów, ale łapię się na tym, że nie mogę już tak myśleć. Jego twarz kontroluje tu wszystko, nawet gdyby teraz pierdnął doda mu to prestiżu i zrobi na innych odpowiednie wrażenie. A reszta jego chudych rodaków o kanciastych, kwadratowych twarzach, umieszczonych nad ekranami czarnych, śmiercionośnych laptopów przytaknęła by tylko i pierdnęła w odpowiedzi, dokładnie wtedy, kiedy sekundniki ich sprawdzonych zegarków przetną godzinę 12, na 1 i 2. On jest prawdziwym dyrygentem, teraz nażarty karmelkami udaje że drzemie, ale jego Twarz jest jak reprezentacja boga. Wszyscy mają respekt. Objawił się, spiął ich jeszcze bardziej i teraz bez niego są gówno warci, jak robotnice, jak mrówy, miękkim chujem robieni akwizytorzy, posłuszni chłopcy w podkolanówkach. Na pewno to mają pod spodniami garniturków - białe podkolanówki dymanych przez dyrygenta chórzystów. Dyrygent tu rządzi i nie ten japoniec, ciągle bezradny na zdjęciu. Niemiecka gazeta go unieruchomiła ze swoją cienką batutą (hahaha pun intended), ze swoją ekspresją, która tak ładnie chrzęści pod butami. To grubas, dickmann, nadaje ton wszystkimi zjedzonymi parówami, jak organami wygrywa im całe klastry zadań nad którymi pochylają się potulnie, swoimi wewnętrznymi chłopczykami, chcąc zasłużyć na dobre oceny w równiutkich dzienniczkach, jak czekoladki Ritter Sport, kwadratisch-praktisch-gut.

I w tym są przerażający

Wysiadasz na stacji. Dobrze Ci robi listopadowe powietrze, ale czujesz kierunek. Czujesz jak infrastruktura kontrolna zaczyna w Ciebie wsiąkać. Jesteś wobec niej nagi i łatwy. Dobrze, że mają mało czasu. Zjeżdżasz schodami do galerii handlowei i od razu jest sex-shop, gdzie - jeśli tylko wejdziesz - ktoś zaplanuje Twoje emocje i reakcje ciała. Podobnie w pasażu gastronomicznym. Dobrze, że mają mało czasu bo efekt potężnieje z każdą minutą. Uciekasz w rozkłady jazdy, w ich bezpieczny rytm, wciągając przynajmniej coś co jest podobne do struktur już przyswajanych. Nazwy peronów, gdzie jesteś sam z ciężką torbą, unikając punktów dla palących. I wreszcie nazwa polskiego miasta na wyświetlaczu obok brzydkiego pociągu na wschód. Tym pociągiem pojadą rosjanie - antidotum jest blisko, można sięgnąć, wtulić się twarzą w swetry, fantazjować o zakrytej części nóg pani konduktor, która otwiera opisany bukwami wagon. Wracam kurwa, wracam i mija mnie gdzieś dalej odjeżdżający pociąg, gdzie w każdym siedzeniu ukryty jest płasko czarno-biały bezsilny japończyk, wieziony niemieckimi mechanizmami w kultur i natur i konzert ale przede wszystkim w stahl i technik. Japończyk dyrygent układany w rytmy i kanony pod czujnym wzrokiem śpiącego wieprza, który z prędkością 220km/h, na linii Berlin-Braunschweig puszcza swojego bąka, rozsmarowanego na podłogach i powietrzach, które nikną, choć nie wie o tym wcale ten podstarzały gitarzysta, bohater jednego przeboju, swojej ostatniej akcji, który mi się nie przyśni nawet w polskim warsie, w którym piwo kosztuje niecałe 1 ojro.




Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.