Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Pancerze
!janurz | proza / poetycka


Pisarz z wielkiego miasta ma slamy, stypendia i własny sosik. Pisarz z zadupia ma obowiązki. Pisarz z zadupia ma zmitologizować zadupie. To święta powinność wobec bibliotek powiatowych i domów kultury. To hołd spłacany niepiśmiennym przodkom i piśmiennym czytelnikom, którzy są przekonani, że człowiek siedzi w kożuchu futrem na wierzch i na drewnianym laptopie stuka, a dzięki temu przenika rzeczywistość i prasłowiańskie demony klawiszami drewnianymi po dupskach szczypie.
Oddać plebanowi dziesięcinę. Odrobić ze sprzężajem pańszczyznę. Wystrzelić tę wioskę w kosmos metafizycznego kiślu/kisielu. Na przykład zrobić z sąsiada eks-kłusownika i zawodowego pijaka wcielenie słowiańskiej metafizyki i ludowej mądrości. – Ja tam swojej kobyły całą zimę nie czyściłem – mówi mi jak spotyka mnie na wiosnę. – Teraz raz przeciągłem zgrzebłem i już miała ładną sierść. Tłumacząc na polski, wystarczy poczekać aż półmetrowy pancerz gówna sam odpadnie. Jak człowiek nie jest wcieleniem metafizyki i mądrość pokoleń mu z ust bucha wraz z beczułką leśną, to na coś takiego w życiu nie wpadnie. Żaden z was, jak tam po drugiej stronie siedzicie by tego nie wymyślił.
Najlepsza do mielenia na mit jest jednak rzeka. Przy rzece to się stu sąsiadów –pijaków schowa w tataraku. Rzeka to głębia wcielona. Pantarej w sosie własnym, pantarej z dewolajem, pantarej sote. Niestety, obejdźcie się smakiem kierowniku biblioteki, mirzo z emdeku, nic przez moją wioskę nie płynie. Dziewiątka krajowa może robić za rzekę. Przynosi tiry z egzotycznymi nalepkami i obcymi plemionami, przepuszcza przez siebie ławice lakierowanych, obłych ryb, a czasem na brzeg wyrzuca trupy. Oświetla sobie drogę złotymi zębami Ukrainiec z ładunkiem konserw i nadziwić się nie może, kiedy mu tłumaczę, że czekamy na prokuratora i ludzi, którzy opiszą cyframi i kredą na asfalcie wydarzenia tego wieczora. – U nas zgarnia się na pobocze i jedzie się dalej – tłumaczy Złotousty. A przed nami i przed ciężarówką wykolczykowanego Słowaka, który jest święcie przekonany, że słowacki to język wszechświata leży sterta szmat. To na niej zacięły się dzisiaj sfery niebieskie przewoźników prim sribnych i horyłki z percem.
Mógłbym wam opowiedzieć jak w rezurekcję nic nie może się palić, jest taka niepisana umowa, bo wszyscy strażacy w kurzą przed kościołem w galówkach i barokowych nocnikach na głowach. I jak ktoś złamał tę umowę, bo na Woli strażaczki w szpilkach i rajstopach gasiły podpalony stóg. Albo jak pasłem kobyłę i co chwila odwracała łeb w stronę kościoła i zamierała, słuchając majówki. Wtedy też ciągle właziła w sąsiadowe żyto i nie mogłem się skupić na lekturze antologii młodych poetów i poetek z Łodzi. A oni tymczasem siedzą, ich mózgi wdychają niebieskawy, elektryczny smog. Są przekonani, że mury i kurz są do zniesienia, że to tylko tymczasowa forma, bo jest coś poza tym, jest jeszcze jakaś realność do nieobjęcia naraz. A my tymczasem siedzimy, przekonani, że cała ta przestrzeń, w którą mózg nie umie wtłoczyć wystarczająco dużo sensu, że końskie zasłuchanie w śpiewy na pół niefizycznych bab to tymczasowa dekoracja, że jest jeszcze jakaś nierealność do zdobycia. Dopiero z granicy widać, że są pancerze z gówna, co się rozpadają pod byle dotknięciem, gorączki złota w gębach, sterty szmat. Mury, przy których łby pękają jak bańki mydlane.


Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.