Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Jola (W)
!montagproject | proza / obyczajowa

Kiedy ostatnio (dawno) z nią rozmawiałem ułożyła się nam sytuacja niemożliwego spotkania, głównie ze względu na dziecko. Nie mogła się ruszyć przez dziecko i nie mogła nikogo przyjąć w domu przez dziecko. Dziecko.

Mężatka. O tym pamiętam nieprzyjemnie. Nie poszedłem na jej ślub, choć byłem zaproszony. Zaprosiła mnie tak, jakby chciała we mnie, całemu światu coś udowodnić. Stanąć w białej sukni i powiedzieć - MISSION SUCCESSFUL kurwa, zakomunikować to w sposób ostateczny jakby była świetlną tablicą stadionową, która we wrzawie rozszalałej publiki pokazuje wynik: "GOSPODARZE: 1 - GOŚCIE: 0". I to goście-zero to jakby do mnie i do innych kobiet, które potem nabiły sobie guzy łapiąc bukiecik, z którego po wbitych paznokciach, pociekłaby krew, gdyby tylko ją miał. Gotyk. Mrok. Taka właśnie była. Z czarnymi słuchawkami na uszach celebrowała swoje dąsy i chandry zalewane tabliczkami przeżutej gorzkiej czekolady, od której tył jej tyłek.

Zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Miałem wymówkę, że nikogo nie znam, że chcę uniknąć kłopotliwych sytuacji. Nie powiedziałem, że nie mam z kim iść i to był klocek układanki, którego braku nie mogła zbyt wyraźnie dostrzec. Bardzo się starałem tak to wszystko skonstruować, nawijając jej słabym głosem o złym znoszeniu takich imprez, konieczności bycia przedstawianym wszystkim tym stryjom, wujkom i znajomym z Mazur. Ostatecznie stanęło na tym, że zamiast na weselu pojawię się na jej imieninach, wtedy kameralnie jej pogratuluję. Kiedy w dwa tygodnie po weselu wszedłem z prezentem do mieszkania, wiedziałem, że to błąd, nie tylko ze względu na jej poślubnego kaca moralnego (znowu w mrok), ale przede wszystkim na kuzynów z żonami, którzy od razu zawiadomili mnie, że mam u nich wielką plamę, bo nie byłem na weselu (jak śmiałem?).

Komfortowi w swoim byciu w jej mieszkaniu, terytorialni i wypełniający sobą każdą przestrzeń, ze stopami w pasiastych, gumowych klapkach-fakirkach, które sobie przywieźli z Radomia (wszyscy takie same), by jeszcze bardziej podkreślić swoje drużynowe zadomowienie. Są tu u siebie i ja jestem jakby bardziej u nich niż u niej nawet, jakby na ich łasce. I tak zasiadłem na pufie zajmując mało miejsca, z którego, patrzyłem na kuzynów, jak z wąsami siedzą na szerokich fotelach trzymając w rękach piloty od ślubnych prezentów, jeden od wideo, drugi od telewizora. Wyraźnie i obleśnie obżerali się do syta sytuacją, przełykając ją głośno, ciamkając i mlaskając, gładząc się włochatymi dłońmi po wydatnych brzuchach z poczuciem leniwego zadowolenia. Byli tak pewni siebie, że od razu znali się na wszystkim najlepiej, dyktowali nowożeńcom, jaki samochód mają kupić i kiedy będzie na to odpowiedni czas. Odgrzewali i wyolbrzymiali ledwie śmieszne weselne sytuacyjki, jakby chcieli tym miętoszeniem wymusić na wszystkich śmiech do rozpuku. Przypominali w tym duet pasibrzuchów - cmokających, wysysających sobie spomiędzy zębów resztki wczorajszego obiadu. Odbija im się głośno, a oni mruczą "tak to ten wczorajszy gulasz z serc. Wyborny, wyborny...". Nie mogłem znieść tej ich zadowolonej pewności siebie i pilnie szukałem rysy, drobnej niepewności, którą poznałem kiedy wstali, prawie jednocześnie, odpowiadając jak pomniki, samymi oczami, na równoczesne, pytające spojrzenia żon, że idą się przejść i że to nie ich sprawa. W ułamku sekundy. Żony skuliły się od razu, kierując spojrzenia do środka, na swoje liczne ukryte wady.

Kuzyni chodzili podwójnie, z nadmierną wrażliwością na kroki, które starali się stawiać pewnie i równocześnie. Na weselu chytrze się uśmiechali, zacierali ręce i gratulowali sobie w zaułkach. Chodziło im o symetrię, o pasowanie do układanki, którą wreszcie mogą sobie powiesić jak obrazek z widoczkiem. Obaj mieli dzieci z żonami, wujków z ciotkami, matki z teściami - jak w koncercie życzeń. Na to wszystko jak pudełka nałożone mieli mieszkania i samochody. To uświęcało ich codzienną pracę i nadawało jej nabożny, staranny sens, który można było celebrować jak wieczorne wstawanie do dziecka z gorączką w reklamie syropu na kaszel. W ich symetrii ważna była konwersacja i kompatybilność. Tematy na temat. Już się kuzynka nie będzie krzywić na ich ulubione dyskusje o tym, kto gdzie był na wczasach i kto nabył ekspres do kawy pod kolor kafelków. Została zdobyta jak oporne księstewko. Teraz przystąpi do raźnej konsumpcji i produkcji standardowych tematyk w opakowaniach rodzinnych. Usiądzie w nich z ulgą, z jaką starsze kobiety siadają w pociągach, robiąc znak krzyża na drogę (podkolanówki).

Cieszyli się tym jak dorośli. Ukradkiem, półgębkiem, z leniwą satysfakcją. Sami jej go znaleźli i zaaranżowali wszystko. Przeprowadzili zamaszystą orkiestrację rodzinnych nacisków. Masz już 30 lat dziewczyno, bierz jak jest kawaler, jak kawaler chce wstąpić w święty związek małżeński. Miej to z głowy, inaczej będziemy Ci na niej siedzieć. Poddali się oboje. Siedząc w środku imienin wiedziałem, że właśnie utracili resztki wiary w ceremonię ślubną. Miałem wrażenie, że oprócz współczucia nic do siebie nie czuli i złapali się ceremonii jak ostatniej nadziei, że ona sama przez się połączy ich i zwiąże najgłębiej jak się da. Nie tylko ślub i nakładanie obrączek, celebra wśród kościelnego pokasływania gości, ale wszystko. Pakiet. Wódka pod muzykę, nalane nią weselne twarze zaglądające w oczy, spierzchnięte usta wypełnione śledziem spadającym prosto na wiskozowy krawat; mętniejące spojrzenia znad zimnej płyty, dłonie poklepujące po plecach, gratulujące łzy tłustych ciotek, rozmowy w zakamarkach, paski luzowane pod stołem, zabawa, bis orkiestry, że "ja nie chcę czekolady, bo słodyczy mam już dość", połysk rozlanego na podłodze rosołu i zmarszczki białych szpilek po kolejnym tańcu z panną młodą, wokół buty, buty, mnóstwo butów i nóg w rytm.

Wczepili się w to wszystko z desperacją szkolnych prymusów, wykonując starannie wszystkie punkty programu włącznie z sesją fotograficzną w parku, pod brzozami, gdzie zaaranżowany pan młody szukał niby ukrytej panny młodej. Po sesji dostali 10 zdjęć, do których można dokleić dymek "aaaa tu jesteś kochanie..." do każdej jego skrycie przerażonej twarzy.

Tej twarzy uczepiłem się w dalszej części transmisji, jak oczu zagonionego w kozi róg psiaka, trzydziestopięcioletniego chudego chłopczyny, postawionego obok swojej przyszłej żony. Był seledynowy, kiedy cicho mówił "tak". Zachwiał się na filmie, a ja przeniosłem wzrok na niego siedzącego obok (na pufie). Popatrzył na mnie oczętami (miał wtedy oczęta i nic innego) i trzymanym w ręce nadgryzionym delikatnie herbatnikiem pokazał nieśmiało na ekran - Widzisz? Tam jest moja mama. - Widzę - odpowiedziałem szeptem i też sięgnąłem po herbatnika - widzę. Piękna kobieta.

Teraz musiałem brać udział w transmisji całego tego rejestru ich godzenia się z losem, zapisanego na dwóch taśmach wideo (firmowej i prywatnej), unieruchomionego na zdjęciach, ale przede wszystkim wpisanego w mózgi. Tym wtedy byłem. Swoją gwałconą pamięcią, do której oni (jak owad składający w kimś jaja) pompują swoje retuszowane życie. Po to mnie tu zaprosiła. By wreszcie w mojej głowie uwiecznić siebie i męża, jako sukces. Wymusza to z uśmiechem podając mi ciastko, pod czujnymi spojrzeniami kuzynów, tak jakby nic się nie działo, jakbym się nie domyślał, że jestem im tylko taśmą, na której mogą zarejestrować swój film, naciskając czerwony guzik. Tylko do tego im byłem potrzebny, karmiony wódką weselną i tortem. Kiedy to zrozumiałem, zapomniałem o tym, że właśnie wszyscy oglądamy kolejną godzinę filmu, spojrzałem jej głęboko w oczy wzrokiem porno-kobiety branej przez wąsatego Niemca w koszulce w palmy, i takim samym głosem zacząłem mówić: "tak... głębiej.... mocniej... o tak.. jeszcze.. jeszcze... szybciej... o tak... o tak..."

- Byłoby słychać więcej, gdyby niektórzy nie gadali...

Zamilkłem. Żona jednego z kuzynów. Do mnie to "niektórzy" ty kurwo? Do mnie tak mówisz z wysokości twojego mniemanego majestatu kury domowej? Mam robić tak jak ty chcesz, bo co? Bo twój obecny tu wąsaty mężuś obejmował cię na zdjęciach z Egiptu, którymi zanudzasz swoje koleżanki z pracy? I już kuzyni też patrzą popierająco, a ona tym bardziej brodę zadziera i podnosi cycki zadowolona, że jej nie zgasili, że może pokazać swoje bycie dobrą żonką.

- OK. Idę sobie pograć, dla mnie ten film jest nieciekawy. Wiem, czemu tak nalegacie, żebym go obejrzał, ale nic z tego nie wyjdzie. Koniec zapisu. Utrwalajcie to w sobie dalej, skoro to takie ważne, ale we mnie już nic nie zapiszecie, nie jestem waszym jebanym kajecikiem - myślę kiedy to wspominam, a wtedy po prostu, przerywając oglądanie w momencie, kiedy jedna z ich ciotek zderzała się z wyłożoną lusterkami kolumną sali weselnej, poszedłem do drugiego pokoju wypełniać pamięć ich komputera moimi wynikami w PACMANa. Ciekawe czy mnie pobiją?


Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.