Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Pan Marian
!janurz | proza / obyczajowa

Ze wszystkich żeglarzy na świecie gdybym miał gdzieś płynąć, to właśnie z panem Marianem. Nawet nie dlatego, że jest piekarzem, chociaż być piekarzem to coś więcej niż być policjantem, poetą czy burmistrzem. Nie, nie dlatego, chociaż to też ważne.
- Wyobraź sobie, płyniesz korwetą, Karaiby, wiatr wieje, obok piękna kobieta – mówi pan Marian i odpływa. Ja chwilowo zostaję w jego zielarskim ogrodzie, ze mnie dupa nie żeglarz, łeb mam ciężki jak świątki pana Mariana. Bo ja nie zostaję sam, tylko z panomarianowymi świątkami.
Stoją pod ścianą, i się martwią o to, że są podobne do siebie jak bochenki chleba, które też wychodzą spod jego rąk. Przekrzywiają głowy w góralskich kapeluszach w prawo, opierają na rękach i się frasują. Bo ludzie, jak mi tłumaczył zanim odpłynął, wolą frasobliwe. Porządny świątek się martwi, a nawet jak jest świętym Franciszkiem i cieszy się Stworzeniem, to się cieszy tak na smutno bardziej, jakby myślał o tym, że te wszystkie ptaszki i tak zgniją w piachu, bo nie mają duszy.
Bo świątki-bliźniaki, świątki-sturaczki to tylko przykrywka. Taki legalny, bezpieczny obłęd, którego efekty można wystawić przed dom. Bo jak już robisz coś, chłopie, co nie daje mleka, czego nie można zarżnąć i zrobić z tego kiełbasy, czy wreszcie, czego ludzie nie kupią za dobry pieniądz, za który kupisz porządne auto, to niech to chociaż będzie zatwierdzone przez twoich sąsiadów, niech to będzie obłęd dziedziczny i mieszczący się w granicach z austro-węgierskich map katastralnych.
Świątki odciągają uwagę. Gdy sąsiedzi patrzą, jak z kolejnych kloców wynurzają się zdołowane Jezusy, za ścianą domu płynie armada. Korweta z dwoma pokładami dział, karawela z krzyżem na żaglu, fregaty, klipry. Jak człowiek się pochyli to zobaczy każdą linę, handszpaki, kołki, bloki, kluzy szczerzące się kotwicami. A na pokładach zwielokrotniony pan Marian i zwielokrotniony ja, stoimy z lontami przy działach, przy burtach z kordami. On ze swoim spojrzeniem piekarza i hodowcy ziół średnio się nadaje, ale to jego flota w końcu, więc się nie czepiam, bo zawisnę na rei, z pętlą z łodyg babki czy piołunu na szyi.. Ja mam kota na ramieniu i tyle dioptrii, że jakby je skupić w jednym oku, to byłbym jednooki, więc w tłumie panów Marianów oblecę. Sąsiedzi o niczym nie wiedzą, ale setki godzin pracy pana Mariana i dokładne, męskie rymy drewna, gwoździków i cieniutkich, konopnych linek patrzą na nich lufami armat. Mają szczęście, wścibskie skurczybyki, bo panu Marianowi ani w głowie abordażowanie ich płotów i salwy w stodoły.
- A tę korwetę to wysyłam na Ukrainę, takiemu państwu się spodobała – mówi mi później z nutką dumy w głosie. Żaglowce się rozpłyną po świecie, a pan Marian zostanie tu z ziołami i ciastem na rękach, bo ludzie w tej wiosce muszę przecież jeść chleb.
Tak więc jeśli gdzieś płynąć, to właśnie z nim. Ale jak już mówiłem, nie chodzi o to, że pan Marian jest piekarzem. Bardziej o to, że nigdy nie widział morza.


Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.