... pamiętam jak kiedyś, raz do roku, po letniej burzy przyjeżdżał cyrk do miasta... ociec przynosił z zakładu bilety (bo każdy zakład miał przydział), poczym cała rodzina biegła na występy skoczków, klaunów, małp i słoni... już z daleka słychać było charakterystyczne trąbki, a śmiech ludzi ogarniał całe miasto... zapach trocin, drewniane wozy (u Tatara na podwórku, przed domem taki stoi), oranżada barwiąca usta no i kultowa wata cukrowa lepiąca się do wszystkiego... było fajnie... a jak cyrk odjeżdżał pozostawała wygnieciona trawa i koło usypane z trocin... wtedy z chłopakami biegało się w kółko jak te konie szalone...ech...
Zapraszam na mój Blog, gdzie zmieściłem nieco więcej rysunków:
http://pantonedesign.blogspot.com/