Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika
Massalia
!montagproject | proza / poetycka

Massalia (opowieść głupca)


Chodź, choć raz jeszcze popatrz, odwracam twoje oczy. Pudełko od zapałek z nadpaloną mapą.
Massalia. Pamiętasz? Czytałeś o niej na mydle i w ustach dowcipnisiów, o tym jakie jest pierwsze
duże arabskie miasto na trasie Paryż-Dakar? Nie masz już nic do stracenia. Potrzebna jest tylko
zręczność, a czy potrafisz żonglować, w powietrzu, nieumyślnie, talią tych starych kart? Do kogo
teraz tęsknisz?

Powiedziała mi - Pojedź, a ja zatrzymam na miejscu wszystkie twoje grzechy, wydam ci tymczasową
wielką ekskomunikę. Nigdy nie miałeś ręki do patrzenia w niebo. Zajęty byłeś mrowieniem, rojem
małych rzeczy, uważaniem jak kelner, żeby się nie potknąć, jednym fałszywym krokiem... Teraz Ci
błogosławię. Masz tak niewiele czasu, więc precz.

Ale jak to mam jechać? Zostawić matkę na łóżku, którego nogi po kostki są w wodzie pełnej piranii?
Sprzedać miejsce w kolejce, do niej, gdy teraz leży na tylu poduszkach i zmusza się do łykania
wszystkiego, co jej przynoszą, wierząc, że co zje zabierze ze sobą na tamten świat, do odumarłych
krewnych? Kokony jedwabników, błyszczące bombonierki i małe zdjęcie papieża. Nie. Jednak
muszę jechać, kolejka trwa za długo, na pewno nie zdążę przed końcem (i prosić o wybaczenie?).

Nie mam na to dość siły. Albo odwrócić wzrok prosto w ojcowskie brwi, zmęczone od opuszków,
żółtych od czegoś palców. Otarcia na pożegnanie. Na jego smutne psie oczy, na jego chore zatoki.
I tak mi nic nie powie, jest zapadnięty w fotel w pokoju pełnym map i zardzewiałej broni. Wzrok
jakby decydował, którą wbić sobie w serce. Przepuszcza tylko ludzi, do matki, pilnując kolejki,
jak jakiś peronowy, bileter, szatniarz, cieć.

Tak się zostaje samotnie. I jak z chwiejnego tronu, z leżaka zżartego przez mole na strychu pod
rannym dachem, rozbitym jak tulipan, oglądam nocne niebo, które chmurzy się na mnie. Stąd
kiedyś myślałem o świecie, nad którym będę panował. Tutaj znalazłem skarby wielkiego
laboratorium. Gdy byłem dzieckiem tu wszystko zdradzało mi tajemnice. I teraz musiałem tu
wrócić, na chwilę, na wdech przed skokiem, zabieram wszystko w walizie. Woda podchodzi wyżej.
Góra staje się wyspą i właśnie tak ją pożegnam – odłamkami pamięci w połamanym domu, gdzie
trudno mi sobie przypomnieć, że kiedyś świeciło słońce.

Zamykam na chwilę oczy i wyobrażam je sobie. Przez prześwietlone powieki, jak na ekranach
kontrolnych przesuwa się mały punkcik, opuszek palca powoli, tam, w ciepłą górę uda. To moja
miłość prawdziwsza, moje najlepsze wieści, mój nagły wielki sens życia, stopklatki, plany ruchu.
Reszta, co mimochodem sama się ułoży. Nasz całkiem nagi optymizm, w miejscu, co miało nigdy nie
spaść na nas, nie przygnieść, nigdy nas nie osaczyć. Dom jaki rozświetlaliśmy ciepłym światłem
siebie, jak abażur, abat-jour (tak to Massalia wzywa, odrywa drzazgami od wspomnień, trzeszczy
drogami w ścięgnach). Nie czas na sentymenty, więc chodu.

Klika biletów, nerwowo, przekładam je między palcami, wkładam w rękawy, w kieszenie, jak jakiś
kłopot w podróży, jak mini serial w odcinkach widziany w separatce. Poddaję się, poddaję, po
mocowaniu się z oknem, które się nie chce otworzyć. W obramowanej szybie zaczynam pierwszy
odcinek. Zalana deszczem w trupa, brunatna resztka miasta odsuwa mi się sprzed nosa – ma zapach
papierosów i metaliczny posmak. Wytężam wzrok w półmroku, nawlekam, igła z nitką odbija się w
każdym oku – zaszywam kieszenie z forsą, sam zwijam się w rulon w kocu. Tak łatwo mnie nie
wezmą. Zasypiam ale nie śpię. Śnię cyfry i twarze królów.

Śnię sprawy wielkiej wagi, bez końca roztrząsane, gdy wszystkie moje wspomnienia pełne są
pleców śledczych, zgarbionych nad biurkami, piszących akt oskarżenia. Jak ciasno bym się nie
zwinął, jak gruby nie byłby koc, jak mocno nie uśpię myśli stukotem stu kół pociągu. W mojej
samotnej kuszetce, oczami pod sufitem (kratka wentylacyjna przez którą nie widać nic a nic)
z całym poczuciem winy czekam na sprawiedliwość. Noce są teraz najgorsze. Próbuję wyśnić swą
karę, która przyniesie ulgę, kara da święty spokój, odczepi, i wreszcie zasnę, wtrącony gdzieś
w Chateau d’If z bladym uśmiechem na twarzy.

Przecieram oczy – wysiadać! Nadmorski peron, brak dworca, za to jest szum ciemnej wody, która
uderza w beton zmywając z niego ostatnie znaki na niebie i ziemi. Szlam na tabliczkach, ślisko.
Mokre skarpetki i spodnie. Zegar ze wskazówkami zatrzymanymi w porostach (lepadomorpha,
teredinidae). Ławki zabrane przez wodę. Końce peronu płyną gdzieś w słonej mgle, w którą idę.
Dwadzieścia jeden kroków by wrzucić walizę do morza, dłońmi rozedrzeć fastrygę, zacisnąć pięści
na twarzach i nominałach królów. Zupełnie niespodziewanie czuję się wolny jak dziecko, ślizgam się
i przewracam, wstaję i idę dalej.

Noc, zapach lądu. Muzyka. Towot, czuć zgrzyt mechanizmu. Przyspieszam, jest głośniej i nagle
dostrzegam wielkie koło, olbrzymie, wysokie, totalne - katedrę diabelskich młynów. Przechodzę
pod sznurem żarówek, bileter kłania się w pas. – Oui! Bonsoir! Bienvenue! Znam twoich królów mój
słodki! Zostaw ich u mnie, tu zasną. Popatrz jak mienią się sztony, kształtami pasują do koła, więc
obróć no w dłoniach to szczęście w kolorach deszczy i tęczy, wiem choć nie widzę od dziecka.
Ty oczy masz piękne, więc siadaj. Na imię mam zawsze Lucien. I nie ma tu żadnej ściemy. Twarze
z pieniędzy masz w kartach, to nie przypadek, to szczęście. Bonne Chance! I więcej nie tęsknij.
Hej w koło! W górę i w dół. W koło, w górę i w dół.

W każdej gondoli jest stolik w kolorze morskiej zieleni, świat małych spraw mi ucieka, odpada jak
brud spod butów. Nabieram wysokości, niebo we włosach, rozpęd – i ja nie miałem ręki… to teraz
śmiesznie nieważne, stawiam, przebijam, wchodzę i wznoszę się piętro wyżej. Mijam pobożnych
twardzieli przegrywających w ostatku dziewictwa swych narzeczonych, mijam uśmiechy zza cygar,
cylindry iluzjonistów pełne króliczków playboya. Pod spodem blichtr lunaparku mieni się złoto jak
skarbiec. Poczułem wtedy ukłucie, przeszycie, jak wielką igłą – słabo mi nagle, zimno, ktoś mnie
zaszywa jak kieszeń, po to by zaraz rozpruć. Nad głową blichtr lunaparku, otwarte paniką usta
martwych dmuchanych lalek, ktoś gasi im palcem w oku Gitanes Brunes et Blondes. Zaciskam
powieki kurczowo. Suffit! Gdzie sufit? Na pomoc!

Wciąż żyję, zresztą nie wiem, musiałem stracić oddech, muzyka zgrzyta mi w uszach, powraca
zapach lądu. Słabo otwieram oczy i widzę moje stopy w samych skarpetkach, bez buty. Lądują
powolutku nad małą wyspą, gdzieś w dole. Morze jest jasne i martwe. Widzę w nim stado rybek.
Szarpnięcie i mrowienie. Czuję na nodze ciepło, wypływa ze mnie krew. Już widzę, spływa po
nodze, którą nie mogę ruszyć. Jestem nabity. Nabity! Nadziany na konstrukcję, która obrotem
z powrotem przenosi mnie z wolna w dół. W połowie wysokości… - Zaraz! Wysuwa się z mnie… Nie!
To ja się z niej zsuwam, odwraca mnie twarzą do ziemi. Muzyka, zgrzyt, światła, światła!


c i s z a
n i c
c i s z a


…mgła podwodna, flauta, biały słaby szum. Nie ma mnie i nie patrzę, choć widzę. Chyba płynę.
Niesiony zimnym prądem, dryfuję bez oddechu. Z bieli kształt, ledwo szary, majaczy, potem drugi,
niewyraźny prostokąt, kwadrat, może sześcian. Jest ich więcej. Stadami przepływają w oddali,
urywkami szeptów. Płyną znowu, bliżej, nieco bliżej, bliżej… To są klatki, sześcienne w środku
każdej coś pływa. Meduza? Bliżej… Nie! Oko w klatce, błękitne i duże. Patrzy na mnie? Widzi?
Chyba nie. Mnie tu nie ma. Więcej klatek, coraz więcej, płynę przez nie środkiem, w każdej klatce
oko patrzy na mnie i widzi, może jednak jestem, jestem okiem w klatce? Nie wiem. Tylko patrzę,
w końcu jednak patrzę. Zamykam powiekę. Jestem okiem w klatce.

- Chodź tu, zobacz, witaj. Otwieram twoje oko, otwieram klatkę, wypuszczam. Kasyna Lucien Barre
– przepraszam – Lucien Barriere. Zapraszam w każdej chwili. Widzisz pod światło mój drogi?
Pamiętasz ten zachód słońca? Do kogo teraz tęsknisz? Czyją dłoń chciałbyś znaleźć w moim czułym
dotyku. Mój dotyk zawsze jest czuły. Czujesz? Masz znowu ciało, więc papierosa? Cygarko?
Pozwól, uwielbiam zapalać. – Wiesz może jakie jest pierwsze arabskie miasto na trasie… Ach. To już
było. Przepraszam. Tak czy inaczej polecam. Casino de Cassis. Gdybyś tam kiedyś zaszedł, pamiętaj
kto zafundował ci taki product placement. Postaw na dobrą kartę. Adieu mój miły, do zaś.

Oddech jest coraz cięższy, to chyba przez to cygaro, ciężkość w nogach i rękach, serce wali jak
młotem, z trudem nabieram powietrza. Schody ciągną się w górę, spiralnie ciągle w górę.
Ściany z szarego kamienia, obrazy drogi krzyżowej, im wyżej tym więcej światła. Z góry dochodzą
dźwięki, grzmoty i krzyki, znów grzmoty, schody zadrżały, smak tynku, przyspieszam kroku, biegnę,
jest coraz głośniej, stuk gruzu, mocne wstrząśnięcie, upadłem, kolano, warga, wydech. Podnoszę się
i biegnę, jest coraz więcej pyłu, krztuszę się, coraz wyżej, gdzie widzę chyba wyjście, nagle
płomienie, gorąco, z góry spadają kamienie, wybiegam na zewnątrz budynku. Syreny straży
pożarnej. Kaszlę, ktoś daje mi dłoń i wyprowadza za rękę. – Biegiem, szybko, uciekaj!

Biegnę na oślep, aż wbiegam po kostki w ciepłe morze i zaraz po kolana. Dwadzieścia jeden kroków,
ślizgam się i przewracam, wstaję, odwracam wreszcie. Przede mną płonie wyspa, piorun uderza
w koło, diabelski młyn spada z osi na szczycie swojej wieży i taranuje lunapark, zrywa girlandy
z żarówek, strzelają jedna po drugiej. W konstrukcję znów wali piorun, rozświetla koło jak gwiazdę,
przewraca je poziomo. Kładąc się jeszcze wiruje, sadowiąc się ciężko na wyspie, przygniata
wszystko pod spodem. Słychać kolejną eksplozję i sztuczne ognie strzelają w niebo rozbitym
światłem, jestem do pasa morzu, a morze jest pełne gwiazd. Śmieję się na głos do siebie, mój
śmiech brzmi jasno, soczyście, tak się przenigdy nie śmiałem. Nagle w ostatnim wybuchu
dostrzegam w wodzie odbicie. Jestem nagą kobietą na tle nocnego nieba.

Wyspa umiera i gaśnie. Przykrywa ją tuman pyłu. Odwracam się, gdzieś w oddali widzę mignięcie
światła. Zza chmury wychodzi księżyc. Tak, ziemia jest niedaleko, spokojna, nocna, solidna. Idę w jej
stronę, jest głębiej, nie mogę iść - muszę płynąć. Coś się unosi w wodzie. Styropianowe zwierzę.
To duży pies albo wilk, pomalowany na złoto. Zjawia się z samą porę, chwytam go, płynę dalej.
W końcu brakuje mi sił, lecz widzę latarnię morską, dalej po prawej wieżę. Podpływam bliżej. Marina.
Łódki i małe jachty zacumowane przy brzegu. Ktoś nie śpi, z wody pukam w okrągłe okienko ze
światłem. Wdrapuję się na łódkę i walę pięścią w drzwi. Nikt nie otwiera. Zamknięte.

Czuję ciepło na twarzy, otwieram oczy - słońce. Zwinięta w sztormiak jak w kocu, budzę się na
pokładzie. Drzwi, w które waliłam w nocy są teraz uchylone, zza głowy słyszę kroki. Wstaję i widzę
dziecko. – Bałem się wtedy otworzyć. Rodzice nie pozwalają jak jestem w nocy sam. – Czy oni grają
w kasynach? – Nie, konstruują ogrody, na przykład labirynty, takie pułapki, z cisów. Pracują zawsze
w nocy potem wracają nad ranem i pewnie zaraz przyjdą… o popatrz! Patrz! Prowadzą tego co spalił
wyspę!

Ulicą idzie korowód, chyba jest całe miasto. Jakby zabierał z ulic wszystkich napatoczonych. Jest
mim, rysownik i żongler, i nawet gość w stroju diabła. Przeciskam się w środek tłumu. - Szaleniec
i utracjusz, co ponoć zgubił go hazard - tak właśnie mówią wszyscy, szepcą strzępami szeptów.
Żongler podchodzi do niego, zgarnia mu włosy z twarzy. I wtedy widzę - To ja! Ja, ten wcześniejszy
(ten martwy?). W pięści skazańca pudełko, zmięte i rozmoczone. – Podobno otruł matkę, by się
odegrać za spadek. Podobno zrobił to wszystko, żeby ratować miłość. - Ktoś ze skrzypcami
podchodzi i gra rzewną melodię. Podbiegam, zrzucam sztormiak, odwracam ich uwagę i w załzawione
oczy mu krzyczę – Szybko! Pojedź, uciekaj! A ja zatrzymam ich w miejscu, za wszystkie
Twoje grzechy. Nigdy nie miałeś ręki do tych cholernych kart! Rzucam się na policjanta i wpycham
mu język w usta, skazaniec się wyrywa, skacze prosto do wody, odpływa, dalej, odpływam… Ktoś
niesie mnie do karetki.

Stoję na brzegu morza, nie mam już żadnej historii. Wszystko spłonęło, runęło. Jestem jedyną
osobą, która przeżyła kataklizm. W wyniku szoku, tak mówią, straciłam całą pamięć. Naprawdę nic
nie pamiętam. Zaczynam od początku w podarowanym ubraniu. Mam całkiem nowe imię i miejsce
urodzenia. Marseille, Quai de Rive Neuve, skąd patrzę na horyzont, choć nie mam planów na
przyszłość. I teraz nic się nie zdarzy, albo też zdarzy się wszystko.



Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.