elegia Warszawa
!janurz | poezja / wiersz wolny
Elegia Warszawa
No to za kim jesteśmy? To kwestia zbawienia, stajesz
przed Jahwe i słyszysz sorka misiu, rację mieli żydzi.
Tu radio Szeol, nadajemy prognozę pogody. Więc gdy Jacek
Widzi el w kółku, mówi, że za legią. Strona większości to dobra strona,
jak ciemna księżyca. Wzrusza i zachwyca mnie nieznany poeta, co napisał
na tych drzwiach przejścia nie ma. Wiedział, że coś jest na rzeczy, chociaż
nie umiał zaprzeczyć, że jakaś nadzieja na przejście jest, chociaż niema.
Chodzimy po wielkiej atrapie. Tu kiedyś była Chmielna. Iluzja cierpliwa
jak papier, jak papieru nic jej nie obchodzi. Justynę rzucamy na pożarcie
metru. Młodzi starcy próbują wierzyć we własną zajebistość. W stercie
koszul i swetrów szuka siebie menel jak Bursztynowej Komnaty.
W powszechnych wyborach żołądkowa bije czystą. Teraz scenka rodzajowa:
powrót taty. Wąsaty w pancerną szuflę nabiera cukierków, szczodry jak król
na wymiętym papierku. Ja daleko, na haiku, więc ciąży mi serce. Żegna się
Wąsacz z myślą o butelce, zawija w pięść cukierki, odwraca się, znika.
Boże, gdzieś był, jak cię nie było?- żona tak go spyta, nie wiedząc, że ja też
często zadaję to pytanie. Kręcę film akcji ratunkowej, urwie się nad ranem,
Ale już wiem, co będzie w napisach końcowych. Pół-kobieta, pół-żołądkowa,
z cukierkiem zamiast głowy.
|
|