Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
List z Podróży
!montagproject | proza / obyczajowa

List z podróży

Najdroższa,

już od dwóch godzin jadę do Ciebie komunikacją miejską ale dzisiaj są strajki i objazdy. Dosłownie wszędzie. Dotyczy to
wszystkich środków transportu w mieście. Myślałem, że tramwaje nie będą objeżdżać, bo tramwaje jeżdżą po szynach z żelaza
stali, ale myliłem się bo wszystko jest inne, a tu gdzie jadę są tacy co jadą od dwóch dni i mówią, że wkrótce wyjedziemy
już na główną trasę, w kierunku, w którym mieliśmy jechać na początku. Tak mówią, ale powiedzieli mi też, że jeśli jadę do
Ciebie, dojadę bardzo późno i na randkę zostanie nam tak niewiele czasu, że szkoda go będzie na rozmowę, zwłaszcza o
podróży. Dobrze, że zabrałem ze sobą kartki i długopisy by móc zacząć pisać do Ciebie list. Nie wiem kiedy podróż się
skończy. Tutaj wielu tak pisze. Deszcz, który dzwoni o szyby nastraja mnie. Chciałbym moć Cię teraz przytulić i mieć przy
sobie tak jak wtedy, kiedy jechaliśmy razem tą samą trasą, a właściwie nie tą samą i z powrotem a nie tam, i siedziałaś mi
na kolanach i mówiliśmy o tym, że siedzenia są niewygodne, i że kiedyś musimy spróbować się kochać w nocnym tramwaju na tych
niewygodnych siedzeniach, ale tak dyskretnie. Pamiętasz? Omawialiśmy wtedy ubranie, które powinnaś mieć na sobie dla dodania
sprawie pikanterii i zachowania dyskrecji, no przynajmniej w naszym przekonaniu, bo przecież czy nie byłoby jeszcze lepiej,
jakby prowadzący pojazd facet domyślił się co się dzieje, ale udawałby, że nic nie widzi?

Wszyscy tu piszą. Już im się nawet mówić nie chce. Podobno mamy się gdzieś przesiadać. Na autobus. Czemu tak jest, to
motorniczy nie mówi bo już paru emerytów wyładowało na nim swoją złość, więc teraz odburkuje tylko, że jego to nie obchodzi
i że to nie jego decyzja i nie jego strajki i nie jego objazdy. Rzuca nami po szynach. Zdenerwował się. A jednak wysiadamy.
Przez szybę nie mogę dokładnie dojrzeć. Jesteśmy na jakimś asfaltowym placu. Dopiszę jak się przesiądę bo wszyscy wysiadają
w ten pieprzony deszcz, w to pieprzone zimno.



Wybacz mi tę długą przerwę. Zostawiłem puste trzy linijki u góry, żeby zaakcentować to, że nie pisałem jakiś czas.
Mogłem to ukryć, ale widzisz ja chcę być bardzo szczery z Tobą, zawsze, nawet aż do bólu. Szczerość jest ważna,
sama mi to powiedziałaś, w związku. Nawet nie zgadniesz, gdzie teraz jestem.
Wsadzili nas do jakiegoś śmigłowego samolotu. Podobno w centrum miasta powstała wielka przepaść zupełnie niespodziewanie
i teraz przedsiębiorstwo wyczarterowało ten samolot, w którym lecę. Przynajmniej pisze się wygodniej.
Przerwa była dlatego, że własnie jak jechałem autobusem na duży plac targowy, z którego ten kukuruźnik wystartował
ledwo ledwo, przyjechał taki spychacz spychać wcześniej i musiał zepchnąć trochę kiosków na boki.
Pytałem czy Twoje osiedle jeszcze stoi, powiedzieli mi, że tak, żebym się nie bał, i że ta rozpadlina mimo,
że nagła to przewidziana, a poza tym nie tam gdzie ty mieszkasz, bo tam jest dobrze.

Mogę pisać spokojnie bo mi ludzi komórki nie dzwonią za uszami. W samolocie komórki są zabronione i dobrze.
Wieje tak silny wiatr, że obsługa postanowiła je wszystkie zebrać do plastikowych skrzynek po małym piwie,
które wzięli z targu. Okazuje się, że takie telefony fajnie wchodzą w te przegródki, trzeba je tylko
spiąć recepturkami po trzy, jakby w trójkąt, klawiaturami do środka.
Rozruszniki serca i walkmany też są zabronione. Sercowcy muszą więc poczekać pod parasolami firmowymi na targu.
Tam zostali. Otwarto im parę szczęk, żeby mniej na nich zacinało. Poczekają, aż przepaść się zrośnie albo też wrócą
do domów póki jeszcze domy stoją, bo mówi się o kolejnej przepaści, gdzieś w dzielnicy szpitali,
kościołów i domów starców, w których wysiadło ogrzewanie.

Oglądam miasto z samolotu i zupełnie go nie poznaję. Nie ma chmur i widać wszystko,
nawet tę wielką rozpadlinę pośrodku. Sięga aż po widoczny z samolotu horyzont w obie strony.
Małe ludziki bezgłośnie wpadają do środka. Dziecko pasażerki obok przeraźliwe piszczy na baloniku z KFC.
A ja jestem głębiej, coraz głębiej w fotelu poplamionym kawą, w fotelu pełnym roztoczy.
Pamiętasz? Mówiłaś kiedyś dużo o roztoczach, kiedy się poznaliśmy byłaś u mnie w domu jako dystrybutorka tych złodziei
jak ich teraz jeszcze nazywasz i proponowałaś mi zabicie wszystkich roztoczy w moim domu,
choć tydzień później, na trzeciej randce, miałaś mi za złe, że kiedy kochaliśmy się, szepnąłem Ci do ucha,
że fajnie jest się tak rżnąć wśród martwych roztoczy.

Wszystko się dziś zrobiło takie smutne. Niebo bezchmurne, a deszcz pada nie wiadomo skąd.
Dobrze, że to nie samolot-kabriolet. Jak na wycieczkę na drugą stronę miasta to lecimy już za długo.
Pilot mówi już trzeci raz, żeby się nie przejmować ale żeby listy wrzucić do czarnej skrzynki bo inaczej nie dojdą,
inaczej nikt ich nie znajdzie. Listy będą w czarnej skrzynce po pomarańczach.

Chyba do Ciebie nie dolecę, nie dotrę, nie dojdę. Pocztą pantoflową dowiedziałem się od fetyszysty stóp,
co siedzi za mną, że on tą pocztą dowiedział się od przekupnej, chutliwej ponoć stewardessy, że po drugiej stronie nie ma
gdzie wylądować. Nie ma drugiego targu czy nie udało im (komu w końcu?) się go uprzątnąć,
a może ktoś się nie zgodził, na przykład ekolodzy. Pytałem. Nie myśl, że nie. Wszyscy pytali czy nie możemy
wrócić na tamto lotnisko. Potem przedostawać się inaczej, na przykład kradzionym w nocy Starem. Pod niebem bez gwiazd.


Zaraz nie będę mógł pisać bo głosujemy, wrzucając własne listy do czarnej skrzynki po pomarańczach.
Kto jest za tym, żeby próbować wylądować na dachu zakładów cukierniczych musi wrzucić list.
Inaczej, żeby się nie rozbić, wysadzimy się w powietrze. Rozumiesz, to jest łatwiej, bo już lecimy.
Oni tak mówią i mnie przegłosowali, przekrzyczeli, bo ostatecznie okazało się, że pilot ma coś do mierzenia decybeli.
Powiedział jeszcze „verba volant scripta manent". Pewnie coś z kursu pilotażu. Wiemy, że zginiemy więc nam odbija. Kto
głośniej krzyczał ten miał rację. Oszukaństwo, kochanie. Oszukaństwo. Takie jak Ty mi wtedy wywinęłaś, kiedy czułem,
że już nic z tego nie będzie, że to się kończy, ale wierzyłem w niewiedzę, jak teraz w ten lot. I że pilot celowo podciągał
samolot do góry podczas głosowania, żeby silnik wył i nabił decybeli. A jednak postanowiliśmy się rozbić.
Większościowo. Tak jak i my, rozbiliśmy się i już nie jadę do Ciebie. I już do Ciebie nie piszę i już nie napiszę, bo albo
rozbiję się na dachu fabryki słodyczy, albo wylecę w powietrze, albo nie, to jest stary bombowiec i mają tu luk bombowy.
Mogą, mnie w drodze wyjątku, w zamian za mój list, zrzucić jak bombę na miasto, dali mi nawet czarny beret,
żebym mógł się lepiej wczuć. Pilot zapragnął zapalić nim sobie cygaro. Moim listem do Ciebie, nie beretem.
Niecierpliwią się. Muszę już kończyć, chociaż wiem i Ty też wiesz, choć nie dostaniesz tego listu, że tak naprawdę nie ma
żadnego samolotu i żadnej przepaści i żadnego objazdu ale zawsze tak lubiłaś, kiedy pisałem Ci takie listy, opisywałem sny,
zmyślone sny z Tobą. Teraz je sobie piszę z przyzwyczajenia, żeby mieć na zapas,
dla kogo innego. Żeby czymś zająć ręce, bo rzucam palenie odkąd po naszym rozstaniu zacząłem palić cygara.



Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.