Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
nie po kolei
!grzegorz8smy | proza / obyczajowa

- Nie bujaj - powiedział po kolejnej porcji bujd, jakie go spotkały.
Bujdy wprawdzie były na resorach, co powodowało usypiające kołysanie
ale z drugiej strony czekała szyba, w którą walił głową gdy tylko
zaczynał ją w senności zwieszać. W tej samej szybie widział odbitki
współwięźniów. To znaczy współpasażerów w tej poziomo sunącej jak
kraj długi i szeroki windzie.

Jeden spał z ustami niczym ze zdziwienia lub zachwytu otwartymi na
oścież a wybroczyna śliny spływająca po brodzie odrabiała za niego
ćwiczenie domowe z lewobrzeżnych dopływów Wieprza. A może to była
Świnica? Drugi przeglądał Codziennik Trybunalski, który prężąc tłuste
majuskuły nagłówka oznajmiał, że "Wanda Rutkiewicz żyje i wierzga!".
Znał tę historię, słyszał ją rano w radio parząc usta kawą, którą
wypełnił kubek po brzegi nie zostawiając miejsca na trochę zimnej
wody uzdatniając ją do picia natychmiast.
- Ogolę się, a kawa wystygnie - pomyślał i jak postanowił, tak zrobił
a pan w radio opowiedział mu przy tym o tym i o tamtym. A także o
uznanej za zmarłą polskiej himalaistce, którą Chińczyki mocno trzymali
w areszcie po tym, jak została zatrzymana na granicy z Tybetem, gdzie
bez stosownego ubioru, wyglądu i dokumentów próbowała kupić zapałki.
- He, he a jak pan myślisz po co ona w te góry łaziła? - wtrącił się
nagle z naprzeciwka pasażer, którego odbicia nie było widać w szybie,
więc był a jakoby nie było go wcale.
- Gzić się chcą. Każda jedna. A co jedna to druga od kolejnej jeszcze
bardziej zboczona. -
- Co pan tak patrzysz? A co pan myślisz? Toż ten yeti, człowiek śniegu
jak mówią, w zamrażarkę jego kopana mać, od maleńkości na zimnie chowany
to musi mieć panie sopla po kolana jak w łokciu grubego. Może trochę
chłodny w obejściu, ale baby lecą na takich włochatych nieokrzesańców.
A w barłogu taki? Zwierz panie, nie człowiek, mówię panu. No to weźmy taki
Messner czy ten drugi Kukuczok. Niby górołaz ale sam pan wiesz, jak na
przymrozku albo we w zimnej wodzie parcieje. Mówię panu: spotka baba yeti,
sam se ceruj skarpeti. -
- Nie bujaj - powiedział podnosząc głowę. W przedziale nie było nikogo.
Najwyraźniej poprzedni przedział, tym razem czasowy wypełnił snem
przerwanym gwałtownym hamowaniem. Albo znów okoliczna ludność złożyła
ofiarę z rowerzysty bogom pekapu albo skacowany maszynista nie wycelował
w peron i objuczeni podróżni będą musieli z nasypu wdrapywać się do pociągu
niezmiennie bylejakiego.

Spojrzał na zegarek w telefonie. Miał zegarek naręczny, który by nie
narazić się na śmieszność naszał na nadgarstku, ale odruchowo sięgnął
do kieszeni. Cyferki minut były już prawie takie same jak cyferki godzin.
Schował telefon ale wiedział, że za chwilę spojrzy ponownie. Nie nawet
dlatego, że zapomni która była godzina, ale po to, by trafić na zdublowane
liczby. Na imieniny godziny, małą uroczystość, którą mógł obchodzić
dwadzieścia cztery razy na dobę, gdyby go to tylko cokolwiek obchodziło,
bo nigdy nie był skłonny do celebracji. Zostawiał to sobie na czarną godzinę,
którą jednak za każdym z razów, również tych od losu przekładał na później.
Później zaś, kiedy przypomniało mu się, że w odpowiednim momencie miał
spojrzeć na zegarek przyszło konduktorstwo i zamiast telefonu musiał
wyciągnąć bilet.

Para konduktorska obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem. Oboje mieli na
sobie idealnie odprasowane czarne mundury, lśniące sztyblety i rogatywki
z połyskującym srebrzyście emblematem - kołem rowerowym przebitym parowozem.
Jej wąsy potulnie spływały po górnej wardze, jego zaś niczym na cześć godziny
"W" zawadiacko strzelały ku górze. Konduktor miął w dłoniach skórę biletu, po
czym odgryzł jej narożnik a powstałą krwawiącą ranę skauteryzował przypiętym
do paska bunsenowskim palnikiem. Opatrzony bilet lotem klonowego liścia opadł
łagodnie na podłogę wagonu. Konduktoressa spojrzała w kajet i służbowym tonem
No 5 oznajmiła - Według rozkładu o tej porze powinien pan już być w domu! Co
pan tu jeszcze robi? - nie zostawiając miejsca na jakiekolwiek tłumaczenia
rzuciła w przestrzeń przedziału. - Te cholerne pasażery zrobią wszystko, by
bez opamiętania napawać się pociągami. -
- Co takiego tu w tym pociąga? - tu już zwróciła się bezpośrednio do konduktora,
którego wąsy zadrżały na znak, że odebrał transmisję. - Mógłby siedzieć w domu,
w przerwie na reklamę paszportem polsatu swoją paszteciarską żonę zachęcać do
przekraczania granic, to nie! Woli się rozsiąść jak cham na izbie gminu i tak
to to, tak to to, tak to to... - A zwłaszcza - tu wtrącił się konduktor
w obawie, że odbierana przez jego wąsy audycja może przekroczyć dopuszczalny
czas antenowy - że tak to to, tak oto nie ma już wca le, po to wszak szyny spa
wa my wam takie to syny pod syp sypując pod kłady żwirem by pod róż trwa ła nie
więcej niż chwi lę - tak zgrabnie zakończył czynności służbowe.

- Życzymy światełka w tunelu i dotarcia do celu! - chórem powiedziało
konduktorstwo, strzeliło obcasami i trzaskając drzwiami od przedziału tak mocno,
że odpadła od nich tabliczka z ideogramem w dowolnie wybranym esperancie prosząca
o powstrzymanie się od palenia. - Przecież i tak nigdy nie paliłem się do palenia -
pomyślał i podniósł z lepkiej podłogi więdnącą skórkę biletu oraz proszącą się o to
a także o wzmiankowane wcześniej zaniechanie tabliczkę. Patrzył jeszcze przez
chwilę na krajobraz wyświetlany za oknem, ale zapadający zmierzch redukował mu
widoki do własnego odbicia, które już przecież rano podczas golenia oglądał. Na
powtórkach zapadał w sen. I tak zdarzyło tym razem. Zaspał. Przegapił stację. Za
to jego serce zatrzymało się i wysiadło.


Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.