Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Gwiazdy
!montagproject | proza / obyczajowa

Gwiazdy


Nauczyłem się rysować pięcioramienne gwiazdy. Pentagramy. Szybko, jednym ruchem.
Zabawa na kartce papieru. Jeżeli nabierze się wprawy narysowanie ładnej gwiazdy trwa
bardzo krótko. Takie nic. Zabijanie czasu.

Sypiam sam i źle. Tym gorzej, że w nocy od pewnego czasu słyszę odgłos bębna, gdzieś
z oddali, choć niedalekiej. Regularne uderzenia. Dwa bardzo szybko po sobie, prawie nie
do oddzielenia, jak uderzenie obiema pałkami w bęben w odstępie ułamka sekundy,
potem cisza trwająca tyle ile jedno uderzenie serca, kiedy jestem względnie spokojny, czyli
przed pierwszym uderzeniem.

Bęben bije miarowo, przez długi czas.. Mierzyłem stoperem, który kiedyś, jako dziecko,
dostałem od pana od WF. Na końcu serii uderzeń zawsze pada strzał. I echo. I cisza.

To chyba tak się zaczęło. W nocy obudził mnie strzał. Myślałem, że zaczyna się burza, ale
w ciemności było tak cicho i bezszelestnie, że potem ze strachu przed tą ciszą nie mogłem
zasnąć. Zapalałem lampkę i dla zabicia czasu i w celu zmęczenia oczu rysowałem
gwiazdy. Jedna po drugiej. Coraz szybciej.

Rano zaczynam od sprzątania. Wynoszenia stosów kartek, lekko pomiętych, zapisanych
gwiazdami. Gwiazdy rysowane nocą są zawsze równiuteńkie. W dzień nigdy mi się nie
udawało. Podobno umysł wtedy jest zbyt rozbiegany, nie ma tak dobrego kontaktu z
ciałem i krwią.

Skończył mi się dziś zeszyt, z którego wyrywałem kartki do rysowania gwiazd, kiedy w
nocy nie będę mógł spać.

* * *

Obudziłem się szybko. Pewnie dlatego, że z braku papieru byłem tak nerwowy przed
zaśnięciem. Uzależniłem się. To chyba niebezpieczne. Czuję w pokoju nocne powietrze,
za oknem mam park i to jest powietrze z tego parku. Jest inaczej niż dotąd. Jestem pod
kołdrą i pod kocem, a powietrze i tak mnie przeszywa, z każdym dźwiękiem bębna coraz
mocniej, jakby fala dźwiękowa przynosiła powiew, coraz mocniej za każdym razem.

Obserwuję siebie jakbym to nie był ja, jakbym był preparatem, postacią gry, twarzą
dziecka z filmu o wojnie. Obserwuję siebie od środka, oddychającego, z bijącym sercem,
idącego boso po mokrej asfaltowej alejce parku za rozświetlonym na żółto oknem, po tym
jak wyszedłem z domu zostawiając wszędzie za sobą otwarte drzwi i włączone światło, ale
teraz jest ciemno, a ja idę w stronę skąd dochodzi dźwięk. Dziś przezwyciężę swój strach,
zaspokoję ciekawość, pokonam siebie. Coś mi mówi, że muszę to zrobić, żeby się
uwolnić, żeby przestała mnie boleć prawa ręka, w której nabawiłem się już natręctw –
palec rysuje w powietrzu.

Nie mam przyspieszonego pulsu. Jestem zsynchronizowany, chłodny. Na niebie w miejscu
księżyca, ktoś wyświetla zdjęcia rentgenowskie moich organów wewnętrznych. Serca,
płuc, wątroby. Zmieniają się jak na pokazie slajdów, świecąc na blado-szaro-niebiesko. W
przerwach między zdjęciami pokazuje się biały prostokąt, lekko wyoblony na bokach i
ścięty na rogach. Zaczynam żałować, że jako dziecko wybrałem się do planetarium, choć
tam moja wiara umocniła się.

Na okrągłym placu stoi w równych odstępach pięć latarni z kulistymi kloszami dającymi
błękitne światło. Czworo ludzi. Oczy mają całe czarne, wypełnione czernią. Oddychają
całym ciałem przez usta. Jestem ostatni. Na środku placu, skierowana w moją stronę
unosi się w powietrzu myśliwska strzelba, mierzy prosto we mnie. Muszę ją wziąć, choćby
ze strachu, że strzeli we mnie sama. Takie są zasady gry. Wielki wóz albo przewóz. Jak w
życiu. Inni trzymają już swoje i teraz także już we mnie mierzą. A więc to tak. Biorę swoją
broń i staję pod latarnią. Każdy z nas celuje w drugą osobę po lewej, wszyscy wiemy jaki
jest sposób rysowania pięcioramiennej gwiazdy i rysujemy ją głośno w powietrzu,
niewidoczną, na ułamek sekundy. Nic.





Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.