Październik [IC]
!montagproject | proza / poetycka
Październik
Mówił, że porównuje zbiory barw. Mówił o papeterii. Słowach układanych w liście
wracające do domu - jak się wyraził - na ziemię. W sumie wszystkiego można się
spodziewać po facecie wysiadającym z latającego pociągu. Jedynie Stary widział go tu
kiedyś, też przelotnie, podobno wyglądał tak samo i mówił coś w zamkniętym pokoju, w
którym z sakwojażu wyciągnął pięknie błękitny szal. I teraz znowu jest - przejazdem.
Tym razem gada z Indianami. Jeśli chodzi o nas, poprzestał na ostatnich tonach
farmerskich obrusów piknikowych, które mamy takie jak na filmach, żeby nikogo nie
zaskakiwać, zwłaszcza turystów pełnych oczekiwań dzikiego zachodu w barwach
zachodzącego słońca.
Ostatnie tony farmerskich obrusów spoczywają gdzieś pewnie, zamknięte w fiolkach
podobnych do tych, w których stary woził kiedyś nitroglicerynę, żeby się odbić od dna.
Udało mu się, jak wszystkie jego tajemnice, które przesiąkały ubrania i drewutnie i ten tam
pewnie też je wziął w zawiniątku z mapy do wydobytego już dawno skarbu - takie są
najlepsze - tak podobno powiedział Staremu z daleka (samym dymem z fajki).
A teraz Indianie, z którymi rozprawia o latach, nie wymieniając nazw miesięcy, które od
razu wszystko zepsują, jakby chciały obliczyć skład smaków i tęsknot sięgających za
horyzont, za zachód i do środka tej jego torby, z której (każdy się założy) byłby w stanie
pewnie wyciągnąć za uszy cały saloon, ze świeżym pogłosem strzałów i zapachem
prochu.
I teraz, z okna, znowu nie wiem o czym gada. Zawsze kiedy tak stoi jest cicho, a rozmowa
toczy się po torach zaledwie rysowanych każdym kolejnym ruchem ust. Milczenie istnieje
przez odległość. Podobnie jak tajemnica, zwłaszcza ta punktualna - sekret kierunku.
Tymczasem kolejne indiańskie lato rozplata się ciepłym wiatrem na łagodne przesuwy
ciszy, między słowami i brzegiem dłoni, pełnym miejsc, które można z niej zdmuchnąć jak
liście wracające na ziemię. Do domu.
|
|