Listopad [IC]
!montagproject | proza / poetycka
IC11 [Listopad] book
Nadszedł czas podróży przez myśli niemożliwe (nieopodal, zimową nocą, zamieniającą się
parami z lokomotywą w ustach - Rozpoczynała się niewidoczna) droga, na którą wstęp był
do pomyślenia tylko teraz.
Wszystkie myśli przywiązane do spojrzeń myliły Każdy krok wpadał w inny ślad o kształcie
uciekającym spod nóg - odwracały do góry dnem. Miałyśmy iść tam obie z pomocą
obrazów W konsekwencji, proste ruchy bez umyślnego kierunku - nam namalowanych,
oszronionych na drogę - lasem, idąc w zetknięcie obu nieprzystających części dnia, a
może nawet roku.
Momenty, od których nic już nie będzie oczywiste i Nigdy teraz nie było takie jak teraz i
bałam się tego już od urodzenia, a nawet wewnątrz niej - wtedy otworzę oczy na
powracającą biel i zobaczę wschód zimy - choć spotkanie przecież takie wyczekane - po
raz pierwszy tutaj.
Dziwny gość (wydawał się tak zaskoczony wizytą). Był czymś uważnie zajęty kiedy wraz z
mamą w ptaku stanęłam za jego plecami trzymając oburącz swoją pierwszą narysowaną
Miał specyficzną figurę i ( ), jakby wkładał w zaskoczenie całe stado nagle odlatujących
ptaków. Kiedy wyszedł z zaskoczenia...
- Ciepło znaczy wiele o tej porze - mruknął bokiem do ptaka w dziupli. Milczałam
wysuwając bardziej rysunek. - Zaskakujące podobieństwo - powiedział nieco głośniej, a ja
nie wiedziałam czy między mną czy figurą czy tym ptakiem. Z wrażenia chciałam
opowiedzieć wszystko po kolei, ale on położył na moment swoje niemożliwe na ustach, a
kiedy odsunął pokiwał głową i powiedział - wiem - dość cicho ale jakby prosto do moich
myśli, które wszystkie tu przyprowadzono razem ze mną.
Pomilczeliśmy a potem powoli zaczął opowiadać: "Każdy krok wpadał w inny ślad o
kształcie uciekającym spod nóg. Wszystkie myśli przywiązane do spojrzeń myliły drogę,
odwracały do góry dnem. W konsekwencji, proste ruchy bez umyślnego kierunku, lasem,
wiodą w zetknięcie obu nieprzystających części dnia..."
Kiedy skończył uśmiechnęłam się najuprzejmiej i zauważyłam pociąg. Wydawało mi się,
że widziałam go cały czas, choć jakoś nie zauważałam. Był poza rozmową, zwyczajny i
przewidywalny. Jego szal zaczął łopotać w kierunku wagonów.
- Czas wracać - zaprosił - najlepiej w takie dni jak ten, kiedy wewnątrz jest zdecydowanie
przyjemniej, zwłaszcza w podróży przez długie noce, ciągnące się całymi dniami wzdłuż
szyn. Oglądane z filiżanką herbaty na wygodnym fotelu przepływają znacznie szybciej.
Proszę...
[...]
Patrzyłam na mój rysunek. Krajobraz wokół niego nabierał przyjemnej prędkości, linie
prostowały się, kontury niemożliwych figur zacierały tworząc barwne smugi na mojej
twarzy wpatrzonej w nocne okno, z myślami pełnymi ciepłego smaku powrotu do domu.
|
|