Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
z'ręczna robota
!grzegorz8smy | proza / dramat

Bóg stworzył niebo i ziemię w sześć dni. Niedzielą odpoczywał. W poniedziałek o wpół do szóstej Bóg przebąkując coś pod nosem,
że z tym stwarzaniem czasu, to można było trochę poczekać, robił sobie śniadanie. Pech chciał, że gdy kroił pomidora,
Polska upadła mu masłem do ziemi za szafkę.

Dwa tygodnie później przy lśniących zdrojach zaczęli się gromadzić Polacy. Jako, że nie mogli narzekać na jakość i obfitość wody,
narzekali na żaby, leszczynę i cholerny neolit – wiadomo, przed wojną z dinozaurami było lepiej. I tylko jeden nie narzekał.
Bliźni trzymali go na drąga odległość pod pretekstem, że na umyśle słabuje, a on tylko na cztery strony się świata rozglądał
żeby mu nikt nie przeszkadzał i grube baby w młodym węglu skrobał odłupanym żółwia plastronem od piątej mańki mchem porastając.
Kilka księżyców później potrącił go lodowiec, lecz pamięć o nim nie zginęła – po dziś dzień niejednemu pies na podwórku wykopie
słupek z czterotwarzym rzeźbiarzem w berecie z antenką prosto w dyszel małego wozu wycelowanym.

Tyle każde dziecko słyszało nie raz od przewodnika ekspozycji rękodzieła w byle osiedlowym Muzeum Papieru Ściernego,
którego oddziały jako kąkol się plenią obficiej niż portugalskie biedronki. Jak było naprawdę to i najstarszy góral
pod ciupagą w plecach nie powie, ale tak się ponoć to wszystko zaczęło. Co było dalej, wszyscy mogą obejrzeć w folderach,
co je Ministerstwo Robót Ręcznych regularnie ludności doręcza. Obrazek po obrazku bez liter robaczków, co by oczu obywateli
nie męczyć cała historia ZPT jak w fotoplastykonie się jawi.

Otóż grube baby w kopalinie rzeźbione skończyły się, gdy okapturzone mnichy od Rzymu wysłane rubikon Nysy przekroczyły
na grzbietach osiołków. Bujne biskupińskie Wenus zostały zastąpione przez wychudzonych brodaczy z perizonium na okaleczonej kibici.
Kobiety bez naszyjników z wyssanych winniczków pyziały rumiane nad saganami i tylko raz na rok ruski jakiś bożogłupiec radośnie zapytał,
„Co ten świątek taki frasobliwy?”. Jednak w wiekach ciemnych trudno było o bardziej optymistyczną wersję.
Dopiero, gdy ogary w las poszły ogarek ozdoby z Galii dalekiej król Karol zafundować postanowił małżonce swojej tuż po tym,
jak prawo pierwszej nocy uskutecznił w gminach ościennych. I wróciły festony zdobnych łańcuchów na szyje białogłowych
i spasione karki lokalnych kacyków. I odciski na spracowanych palcach znów zakwitły finglami zdobnymi,
które kowale na żelaznych kowadłach ażurowymi młotami rzeźbili by w oczy kłuć gawiedź zawistną.

A potem się potoczyło, jak niewinna śnieżka z turni sturlana, co kamerdolcem się staje i lawiną przełęcze pustoszy.
W kółko golone mnichy zazdrośnie strzegące sekretu gadających znaczków łacniej przymykały na ludność w cudne się piórka
na zamorską modłę strojącą. I każden jeden plemienniec zamiast do szopy za kudły ciągnąć samicę, jak pan Bóg przykazał,
paciorkami począł je wabić. A te łatwiej było na szpagat nawinąć niźli ptasim pierzem upstrzyć pergamin.

I wnet wsze narody postronne się wywiedziały, że Polacy nie gęsi, czy inne indory i korale swe mają i brosze i pierścienie,
przy których się Saturn czerwieni ze wstydu. I tak lud dłubał płci pięknej i tej szkaradnej ku ozdobie błyskotki aż Kinga,
co królową z importu z bratanków krainy zostawiła biżuterię w żyle solnej, która za nią pod stopy wielickich gwarków przypełzła.

Wieki całe minęły aż się masło na kromce Polski skończyło i zaborcy ją smalcem fałszywym zaczęli smarować i motywy roślinne
w ozdobach orzeł biały z bocianem w zębach kartofla dzierżącym począł wypierać do czasu, gdy zdobne chomąto niejaki Piłsudski
swej kobyle u starozakonnego jubilera był obstalował. Jednak rozkwit wybujałej rękodzielnej secesji but zgniótł żołdaczy niebawem,
z lewej krucyfiksom ramiona w hakenkrojce łamiąc a z prawej gwiazdy czerwienią krwi zalewając. Lud polski jednak hardy okazał,
i ruska przeżył i Tuska i z wiekiem dwudziestym pierwszym po po jeziorze spacerach na nowo błyskotkami umajeniem wybuchnął.
I jak Departament Prac Ręcznych po dziś dzień ostrzega, by pisanym słowem nie mitrężyć zwojów, tak domorosły wyrób całorocznych
ozdób choinkowych pełną parą na kotle próżności płci obojga obywateli buzuje. I perkotać tak będzie pod firmamentu przykrywką
aż Bóg przyjdzie i własnoręcznie stworzoną karteczkę w sieni wszechświata na skoblu wywiesi „Nieczynne do odwołania”.

Czytać mało kto pewno będzie pamiętał, ale urzędowe pismo z góry samej byle chłystek po pieczątce rozpozna.



Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.