Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Przygody Ku**sa- Fruktasa
~BrunonLaguna | proza / humor

Przygody K....a - Fruktasa: Nowa Nadzieja.

Pól roku temu, po wyborach zmienił się układ sił politycznych w Polsce.
Zwycięscy zadowalali się łupami, przegrana strona musiała wrócić na tarczy. Niektórzy byli zmuszeni zakończyć życie publiczne i pogodzić się ze strata intratnych stanowisk
Wśród nich była była premier Ela.
Kobieta około 43 lat, szatynka o włosach prostych do ramion, nosiła okulary z bursztynowymi oprawkami.
Dbała o siebie uczęszczała też na siłownie.
Postanowiła przewartościować swoje życie, będąc świeżo po rozwiedzie. Jej nowym startem miała być działalność prywatna.
Wiele lat pracowała przy tworzeniu prawa, teraz na własnej skórze chciała przetestować owoce swojej pracy.
Celowała w branże gastronomiczną, chociaż podobnemu miejscu zawdzięczała trochę utratę władzy.
Posiadała dwójkę dzieci Kasie i Arturka, nastolatkowie.
Charakteryzowały się głowami otwartymi na świat i głodem informacji.
Nie pogardzali też nowymi gadżetami.
Marzyli o wyjeździe do Kanady ale w końcu padło na Rzeszów.
Została właścicielką ogródku piwnego nieopodal centrum handlowego, przy którym mieściła się osiedlowa siłownia.
Osiedle było oddalone parę kilometrów od centrum, jednak wszystko było na miejscu dlatego żyło własnym życiem. Dużo zieleni ubarwiało krajobraz, w którym. przeważały bloki, gdzieniegdzie trafił się wieżowiec.
Lokal kupiła z rządowych oszczędności, załatwianie formalności kosztowało trochę zachodu.
Obowiązki przy prowadzeniu lokalu pochłaniały ją bez reszty, ale była zadowolona. Pociągały ja nowe wyzwania, lubiła przebywać wśród ludzi, dodatkowo pomagały jej serdeczne pracownice.

Siłownie prowadził krzepki mężczyzna imieniem Wojtek.
Miał około 45-50 lat, z 190 cm wzrostu , krótkie czarne włosy, dobrze zbudowany. Wydawało się, że z wiekiem przybywało mu tylko mięśni.
Otaczał się licznymi kolegami, z którymi wspólnie trenował na siłowni. Krążyły legendy o ich wyczynach na mieście.
Mieszkańcy bali się jego i jego ekscesów. Jednak nie garneli się do wzywania policji. Mówiono ,że ma znajomości gdzieś "wyżej".
Jego podboje miłosne , także były szeroko znane. Wśród samych zainteresowanych zasłużył sobie nawet na przydomek "C..j-Zbój".
Z t-shirtow preferował te w kolorze czarnym.

Wielokrotnie mijali się z Elą, tudzież wpadali na siebie. Zamieniali wtedy słowo lub uśmiechali się do siebie. Znała jego reputacje i nie chciała się naciąć.
Z czasem jak już bardziej ogarnęła sprawy z lokalem, powróciła do starych przyzwyczajeń. Kopiła karnet i zaczęła ćwiczyć na siłowni u Wojtka.


Nieopodal centrum handlowego znajdowały się bloki mieszkalne.
Wśród nich z rodzicami mieszkał Lucjan.
Lubił wolność, czyste powietrze, przejrzystość.
Był szczupły , średniego wzrostu, z jasną rozczochraną czupryną.
Czytał książki o ekologii i interesował się ratowaniem wielorybów.
Przymierzał się do studiowania administracji.

Lucek był właśnie po wspólnym obiedzie z rodzicami. Jako jedyny rezygnował z mięsa do posiłku. Zadowolił się mięciutkim pure i czerwonymi buraczkami. Wybierał się właśnie na pogadankę na temat leczniczej marihuany. Odbywała się ona w salce pobliskiego centrum handlowego.
Jednym z gospodarzy był jego wujek Bartosz kiedyś hipis, średniej budowy ciała, z brodą o którą dosyć dbał.
Entuzjasta marihuany i lekkich odlotów psychoaktywnych.
Lucek ubrał się w niemarkowe ciuchy. Zasznurował lekkie obuwie
i ruszył w drogę rześkim krokiem

Po drodze zaczepiła go dwójka lokalnych podpitych chuliganów, niestety nie do końca, dlatego potrzebowali paru monet żeby dokończyć ten proces.
Już sama ich surowa aparycja wprawiła Lucka w osłupienie. Gdy miał sięgnąć do kieszeni, usłyszał zza rogu odgłosy patrolu policji, chuligani szybko pierzchli. Okazało się ,że za tymi odgłosami stal wujek, który widząc krewniaka w kłopotach, postanowił mu w ten sposób pomoc. Przywitali się serdecznie i ruszyli we wspólnym kierunku.


"Centrum Handlowe zaprasza"
Wujek był jednym z przemawiających gospodarzy.
Wśród młodzieży czuł się jak ryba w wodzie. Poustawiane równo po salce krzesła zapewniały komfort uczestnictwa. Warto było na spokojnie rozważyć każde omawiane zagadnienie.

Spotkanie rozpoczęła seria paneli. Wystawili rożne dane statystyczne. Wniosek był jeden: "alkohol jest bardziej szkodliwy niż marihuana".
Nie chcieli poprzestawać tylko na teorii,
rozdali ulotki i zaczęli palić skręty
Podczas palenia studiowali skutki działania.
Wyszli z założenia, że najlepiej na sobie spróbować, żeby nie narażać innych

Wśród oparów dymu chłopak dostrzegł parę nastolatków , których wcześniej nie widział. Okazało się, że to byli Kasia i Arturek, którzy głodni nowej wiedzy przyszli na spotkanie.

Miła atmosfera ułatwiała zawieranie nowych znajomości.
Odnaleźli wspólny język.
Okazało się, że mają podobny gust filmowy, oglądają te same seriale. Postanowili wymienić się numerami telefonów i utrzymywać kontakt.
Poznał też była funkcję ich mamy. Zrobiło to na nim wrażenie, mimo że nie był typem etatysty.

Oglądali filmiki na youtubie, Kasia i Arturek mieli nowe modele telefonów, jakość video była zachwycająca.

Do tego palący się blant uprzyjemniał rozmowę.

Po sympozjum posprzątano materiały walające się na ziemi.
Jeszcze potrzebne było przewietrzenie salki.

Lucek coraz więcej czasu przebywał z wujkiem. Zachwycała go ta "zielona moc".
Czytali tematyczne broszury, wujek puszczał muzykę z lat 70.
Dzięki licznym opowieściom coraz bardziej umacniał się w swoich poglądach. Chciał czystego środowiska i ograniczenia wpływu koncernów.
Toczyli szerokie dysputy światopoglądowe, marihuana pomagała zrozumieć mechanizmy rządzące światem.
Proces samodoskonalenia miał w sobie coś mistycznego.
Sprawdzali liczne zagadnienia, przeczesywali internet, to był etap oświecenia.
Wspólnie głowili się na tym jak te wspaniałe idee wprowadzić w życie.


Siłownia przy centrum znajdowała się na poziomie piwnicy. Schodziło się do niej paroma schodami. Nie była może duża ale znajdowały się w niej przyrządy na których można było sumiennie wyćwiczyć każdą partie mięśni. Ściany pomalowane na lekki czerwony zdobiły plakaty z umięśnionymi mężczyznami i zgrabnymi kobietami.

Zaczęła niemrawo. Od krótkich serii i małej ilości powtórzeń, czasem nawet niedokładnych.
Ciężka praca, wytrwałość z czasem przynosiły efekty. Początkowe sapanie ustąpiło miarowemu oddechowi.

Z wysiłkiem chciała wrócić do poprzedniej formy. Podczas rozwodu zajadała się słodkościami. Po przeprowadzce jadła szybko, w pospiechu, co nie było zdrowe i na pewno nie pomagało w utrzymaniu sylwetki.

Wojtek coraz bardziej się przy niej kręcił, a to pomógł w ćwiczeniach czy zaciekawiał poradami dietetycznymi. Doradzał też w kwestii układania programu treningowego. Nie ograniczał się tylko do kolorystyki, czasem ubarwił czas anegdotą z lokalnych stron czy rzucił żarcikiem.

Lubił się tez popisywać swoją siła. Imponująca muskulatura aż rozsadzała czarny t-shirt.

Jego popisowym numerem było wyciskanie sztangi na ławeczce prostej, podobać się mogły także "rozpiętki" i efektowne przysiady ze sztangą.


Miał dobra formę, ale czasem gdy zwiększał obciążenie czy liczbę powtórzeń, zdarzało się że głęboko zipał.
Wracała do domu wyczerpana ale w ten przyjemny sposób. Rano tryskała energią do codziennych obowiązków i kolejnego treningu. Po zdjęciu ubrania nawierzchniowego, lubiła odpoczywać słuchając radia, czy relaksować się przed telewizorem. Rozmawiała też z dziećmi jak im minął dzień.

Jej nawyki żywieniowe stopniowo ulegały zmianie. Odstawiła tłuste mięsa którymi lubiła się raczyć podczas stresujących ostatnich miesięcy. Częściej sięgała po ryby. Ceniła sobie liczne sałatki, świeże owoce lub warzywa.
Dzieci co prawda kręciły nosem i często sięgały po ulubionego hamburgera.

Elka coraz bardziej wkręcała się w ćwiczenia.
Powtórzenia stawały się coraz dokładniejsze a serie intensywniejsze.
Organizm przyzwyczajał się do wysiłku, mięśnie stawały się twardsze i bardziej rozciągnięte. Wpływało to na poprawę metabolizmu i samopoczucia. W mózgu wyzwoliły się endorfiny i Elka osiągnęła wyzwolenie emocjonalne.
Znów stawała się wodzem może nie rządu ale własnej strefy prywatnej.

Z Wojtkiem już praktycznie spotykała się codziennie, towarzyszył jej przy każdym treningu.
Preferowała rowerek.
Dzielili wtedy ta samą drogę to był ich wspólny wysiłek.
Pomagał jej w martwym ciągu.

Naturalnym stało się spotkanie poza siłownią, żeby podyskutować o ćwiczeniach.
Już wcześniej Wojtek parę razy próbował ją zaprosić.
Wtedy wracając do domu wolnym krokiem przemyślała tę kwestie.
Osiągnęła już równowagę psychiczną po rozwodzie, czy przyszedł czas na krok w przód? Może czasem warto wyjść na przeciw burzy?

W końcu pomyślała „raz kozie śmierć” i postawiła wszystko na jedna kartę.
Była też ciekawa nowych miejsc, a Wojtek znał miasto jak własną kieszeń.


Oczywiście, że Ela podobała mu się jako kobieta, ale miał też swoje niskie pobudki.
Kobieta z taka przeszłością dodała by mu splendoru, jej znajomości na pewno otworzą drzwi do wielkiego świata.

Na pierwszy ogień poszła elegancka restauracja w rynku, świece, pierwszorzędna obsługa. Wieczorna wizyta. Zdrowe dania przygotowywane na bieżąco.

Zamówił kotleta schabowego na ziemniakach i kapuście, ona ze względu na dietę zdecydowała się na rybę. Śledź w śmietanie do tego szklanka wódki na chłodno.
Rozkoszowali się jedzeniem, paleta smaków pieściła ich podniebienie.

Mówiła mu o dawnych politycznych obowiązkach, ustawach, zebraniach. Zagłębiała się w interpretacje konstytucyjne. On mówił o swoich mięśniach i samochodzie. Pasowali do siebie , uzupełniali się. W oczach Eli jawił się jako czarujący, pełen wdzięku mężczyzna.

Gdy już zaspokoili swoje kubki smakowe oraz ciekawość względem samych siebie,
uderzyli do modnego klubu w centrum

Był szarmancki, po mieście poruszał się jak dziki kot.
Pośród świateł lamp miejskich prezentowali się zjawiskowo.


W klubie miał wszędzie znajomych, na bramce, u barmanów, na sali, wszędzie.
Pozdrowienia i przywitania były jak światła jupitera wycelowane w jego czoło i dalej promieniował.

Parę strzałów przy barze, dodało gibkości stawom, rozpaliło fantazje.
Wśród okazywanych wyrazów sympatii i uśmiechów wbili na parkiet.
W tańcu był jak diabeł.
Raz się przybliżał, to znów odskakiwał, poruszał się jak szermierz. To był dziki taniec. Ela była zachwycona i wniebowzięta.

Szalona noc, tak bardzo nie w jej stylu. Ela bała się przyznać sobie samej, że jej się podobało. Różniło to się od oficjalnych bankietów z ambasadorami.

Coraz bardziej zaczęła się do niego przekonywać. On był samcem alpha na ulicy, ona kiedyś najważniejszą kobietą w państwie.
Historia zatoczyła kolo, czyż to nie piękna ironia losu?

Wróciła nad ranem wybawiona i w szampańskim nastroju
Rozstali się zapewniając wzajemnie o powtórnym spotkaniu.
Następnego dnia w pracy koleżanki od razu zobaczyły zmianę w jej zachowaniu, na lepsze. Uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
Wokół szefowej latały motyle i ptaki.

Lucek coraz częściej pojawiał się u nowych znajomych. Dobrze czuli się we własnym towarzystwie. Dodatkowo po przyjeździe rodzeństwo nie miało wielu znajomych. Chłopak ułatwiał im wejście w osiedlowy klimat.

Arurek był niski , przy kości z piskliwym głosikiem, Kasia zaś była uroczą szatynką, oczytana, prawdziwa prymuska w klasie. Była na kierunku z rozszerzonym angielskim i radziła sobie wyśmienicie. Bardzo lubiła szkołę w przeciwieństwie do Arturka, który czasem symulował chorobę, żeby posiedzieć w domu, wśród ulubionych bohaterów. Jego pokój był przystrojony w plakaty z kolorowymi podobiznami postaci popkultury. Półki biblioteczki uginały się od licznych czasopism, gier i filmów.

Oglądali seriale racząc się chłodnymi napojami.
Chłonęli każdą scenę z wypiekami na twarzy. Woleli oglądać cały sezon na raz, ewentualnie w mniejszych turach, zamiast niecierpliwie czekać tydzień na kolejny odcinek.
Preferowali propozycje przede wszystkim HBO, Netfilx, mieli swoje ulubione tytuły. Często też sprawdzali repertuar konkurencyjnych stacji. Po prostu nie byli uprzedzeni. Umysł Lucka był otwarty szeroko, szczególnie na troskę o naturalne środowisko. Starali się korzystać z legalnych źródeł niestety często nie było możliwe. Seriale pojawiały się z opóźnieniem, a ich zżerała ciekawość lub po prostu dana platforma nie była dostępna w Polsce.


Lucek stawał się powoli ich stałym gościem. Przyjaźń się zazębiała. Nawiązał też kontakt z ich mamą Elą. Natykał się na nią przeważnie jak wychodził, ona zmęczona wracała. Czasem wpadał po nią Wojtek i razem gdzieś ruszali. Darzył ją niewątpliwym szacunkiem i chociaż chciał bliżej poznać, nie mógł się zdobyć na odwagę. Raz przyszedł podrzucić pendrive z odcinkiem nowego serialu, a w domu była sama Ela, dzieci jeszcze nie wróciły z zakupów. Lucek powiedział ,że też się śpieszy. Mimochodem zaznaczył, że chce zdążyć na targ po świeże warzywa. Od razu zaciekawiło to Ele, co nie powinno dziwić zważywszy na jej cele dietetyczne. Zaczęli długą i pasjonująca rozmowę. Wymieniali się spostrzeżeniami, dobrymi radami. Prześcigali się w wyliczaniu zalet stosowania diety wegetariańskiej. Ona dzięki temu osiągała formę na treningach. On miał czysty umysł nie zmącony toksyną mięsną, czuł się dzięki temu połączony z zieloną mocą.

Dzielili się przepisami Czerpali z tego dużo frajdy.
Umówili się na wspólne gotowanie. Przygotowaną potrawą postanowili zaskoczyć Kasię i Arturka.
Nastąpiła burza mózgów. Ela zaproponowała swoje popisowe danie: fasola z groszkiem w naturalnym sosie. Lucek się roześmiał, już słysząc ten pomysł. Sam był fanem tego dania, ale podczas licznych konsumpcji zaczął nad nim eksperymentować. I tu rzucił pomysł: gotowana fasola ze świeżo ugotowaną marchewką. Ela słysząc to przecierała uszy ze zdziwienia.
Lucek przybrał tryumfalną pozę. Wspólnie zabrali się do gotowania.
Dodał skrupulatnie niezbędne składniki z uśmiechem na twarzy.
Ochoczo mieszał chochlą w garnku.
Mirakowo przyprawili, żeby kąsać rożne zmysły.

Dzieci powitały dymiące, pachnące danie okrzykiem radości. Zaczęły chętnie pałaszować.
Prześcigały się w komplementach. Tak im smakowało!
Podczas posiłku akurat wpadł Wojtek z wizytą i przywitał się z hukiem. Postanowili się podzielić z nim nową wspólnie przygotowaną potrawą.
Wojtek wybuchnął grubaśnym śmiechem na samą myśl, że miął by coś takiego spróbować.
Wyciągnął kiełbasę z lodówki i przyrządził na gorąco. Do tego chleb i ogórek kiszony jako bomba witaminowa. Zrobił to w opozycji do innych. Oblizał się łapczywie.

Chwilowo nastała cisza, nie chcieli psuć dobrej atmosfery ale zrobiło im się trochę przykro.

Podczas ubierania butów kątkiem w przedpokoju Lucek zapowiedział się, do baru Eli. Zamierzał przyjść razem z wujkiem.
Ela nie kryła zadowolenia.
Lucek chciał poznać miejsce pracy Eli, jakie potrawy podają, posmakować.

Dzień w knajpie Adlebaran zaczynał się wcześnie.
Rozpoczynała go radosna rutyna.

Wszystko musiało być przygotowane przed pojawieniem się pierwszych klientów.
Eli pomagały kelnerki Justyna i Kamila. Młode sympatyczne dziewczyny, studentki. Dorabiały sobie mieszkając na stancji.

Przecierały szmatką stoły i krzesła.
Wyczyściły kurze z podłogi. Odebrały dostawy, zaczęły otwierać lokal.
Wystrój baru był klasyczny. Prowadzony był fachowo.
Gustowna architektura skłaniała przechodniów do wejścia. Na wystawionych na zewnątrz stolikach i ławkach można było przysiąść i odpocząć.
Drewniane stoły i krzesła prezentowały się elegancko i stylowo. Na ścianach wisiały instrumenty. Trąbka, a to harmonia.

W centrum stał imponujący dębowy bar. Ozdobiony kunsztownymi rzeźbieniami w kształcie winogron.

Nazajutrz było miłe południe Lucek z wujkiem raźno zmierzali w stronę baru. Gdy docierali do celu, po drugiej stronie ulicy mineli paru młodych mężczyzn, ubranych w koszulki opinające tęgie mięśnie. Stali obok czarnego, robiącego wrażenie sportowego samochodu.
Wykrzykiwali do nich obraźliwe hasła, agresywnym tomem.

Coś w stylu „ty hipisie, Beatles, brudas.”

Wujek polecił Luckowi, żeby zachował spokój i udawał, że to nie do nich. Postanowili przeczekać ten werbalny atak.

Do knajpy przychodzili różni goście.
Do stałych klientów należało szacowne grono historyczno-filizoficzne. Podczas suto zakrapianych posiedzeń kreatywnie tworzyli nowe teorie. Głośno spierali się o wyższości swoich racji.

Przy stoliku trochę w głębi sali siedziało 4 młodych mężczyzn. Zazwyczaj urzędowali oni na świetlicy w pobliskim domu kultury. Dwójka z nich rozgrywała partyjkę w szachy. Obaj byli schludnie ubrani w stonowanych, mało krzykliwych kolorach. Jeden, ten co akurat wykonywał ruch królówka, miał dłuższe brązowe włosy, a pociągłą szczupłą twarz ozdabiały okulary w szarych oprawkach. Sprawiał wrażenie najbardziej poważnego. Po wpatrujących się w niego oczach towarzyszy można przypuścić, że uchodził za cichego lidera grupy.
Wśród nich wyróżniał się tylko jeden, siedział nonszalancko rozparty przy stole z rozpiętą kolorową koszulą. Miał kręcone niedbale zaczesane krótkie włosy i dość sporą nadwagę. Obżerał się chipsami i siorbał cole ze słomki, pozostali zaś pili soki. Niespecjalnie zwracał uwagę na partyjkę szachów , błądził myślami wokół, spoglądając w rożne części sali. Rozpierała go energia i hormony.

Przywitali się z Heńkiem i Je**ką, którzy siedzieli przy stoliku, obok baru.

Nie mogli się nachwalić wystroju lokalu.
Eli i towarzyszącym jej kelnerkom było bardzo miło. Uśmiechnięci postanowili zaczekać na Kasie i Arturka, które niebawem miały tu zawitać po zajęciach szkolnych.

Heniek i Je**ka żyli chwilą, od przygody do przygody. A to wyjechali na saksy, czy na miejscu brali jakąś fuchę, nie zawsze do końca legalną. Gdy wracali nie szczędzili grosza. Lubili w barze postawić kolejkę alkoholu, czym zyskiwali sobie szacunek i poważanie.

Heniek zawsze optymista, nie rozstawał się z szelmowskim uśmiechem.
Nosił się w szarym szeleszczącym ortalionie.
Je**ka na sportowo preferował wygodnie leżące dresy.

Był dużego kształtu, bujnie owłosiony ale nie na głowie, dziewczyny lubiły jego szalony styl.
Miał czerwoną karnację, bo cały czas był na bani. Realizował się jako pilot Heńka. Miał kilka map.

Dla młodszego pokolenia na osiedlu uchodzili oni za swego rodzaju lokalnych bohaterów.
Kawalerowie, wolne duchy, stali bywalcy baru Adlebaran. Lubili też eksperymentować i próbowali nowych miejsc.

Właśnie wyruszali ku nowej przygodzie, nagle na drodze stanął im Magazynier-killer.

Był on oddanym pracownikiem, taka prawą ręką od brudnej roboty, pod rzeszowskiego hurtownika o imieniu Józek.
Magazynier killer był wysokim dobrze zbudowanym mężczyzną o zaciętym wyrazie twarzy.
Jego twarde jak żelazo, żylaste, wyrzeźbione mięśnie, dzięki pracom magazynowym, budziły grozę.
- Dokąd to Heniek ?- zagadnął Magazynier-killer.
- Powiedz Józkowi, że niedługo będę miał forsę- odparł rezolutnie Heniek.
- Za późno. Sam za chwilę mu to powiesz!
Trzeba było zapłacić, kiedy dał ci szansę.
Wyznaczył taką nagrodę, że nasi wszyscy pracownicy będą cię ścigać. A ja znalazłem cię pierwszy.
- Będę miał niedługo pieniądze. Powiedz Józkowi...
- Czeka na ciebie. Nie chce przemytników,
którzy wyrzucają cały towar, gdy tylko zobaczą samochód straży celnej.
- Nawet mnie czasem kontrolują. Myślisz, że miałem wybór?
- Powiesz to Józkowi. Może tylko zabierze ci furę. Chyba, że chcesz stracić auto jako rekompensatę za towar?
- Po moim trupie.
- No właśnie.

Jego zacięty wyraz twarzy nie zostawiał im wyboru był jak mur chiński.

Razem wsiedli do auta z kratką, używanego popularnie w firmach.
Skierowali się do miejscowości Kręgi, leżącej nieopodal Rzeszowa.
Tam mieściła się hurtownia Józka.

Podczas cichej, posępnej podróży powróciły wspomnienia.
Heniek pamiętał jak dziś ten feralny rejs.

Właśnie wracali po przekroczeniu granicy ukraińskiej.
Kierowali się do Rzeszowa.
Wydawało się, że najgorsze za nimi.
Nie spodziewali się takiego obrotu spraw. Przed nimi była pusta szosa. Piękne widoki okalały drogę. Zieleń, krzaczki, trawa.
Zielone Dukato z instalacją gazową, idealnie nadawało się do tego typu misji.
Koszty zaniżone do minimum i kolor, który bezbłędnie wtapiał się w zielone okolice leśnych traktów.
Niepostrzeżenie przemykali szosą wokół zielonych zagajników.
Zatrzymali się w lesie za potrzebą, to uratowało im skórę.
Zwietrzyli czyhające na nich nieopodal przyczajone auto straży celnej.
Porzucili w lesie lewe fajki.

Hurtownia leżała na ziemistym odludziu. Z daleka przypominała tajną bazę wojskową w USA.
Od razu można było sobie zdać sprawę, że mamy do czynienia z wyzyskiwaczem.

Mroczne, surowe hale. Zawalone stosami pudel. Labirynt tajemniczych korytarzy. W kącie, w cieniu drzemał złowrogo wózek widłowy.

Gabinet Józka się wyróżniał, biło od niego światło, blask przepychu.

Od samego progu oszałamiał bizantyjski rozmach. Już same drzwi były grube dębowe, rzeźbione na modłę arabską.

Ogromny gabinet liczył niemal 200 metrów kw., przyległy sekretariat, luksusowy pokój odpoczynkowy wraz z garderobą, a także spory aneks kuchenny i prywatna łazienka - w zasadzie sporych rozmiarów pokój kąpielowy. Do tego oddzielne pomieszczenie dla asystenta. Ponadto - wielka sala wideokonferencyjna.
Całość dopełniały drogie meble, sprzęt HI-FI, plazmy i kosztowne „zabawki" , czyli system monitoringu: zestaw kamer, urządzeń do rejestracji i mikrofonów.
Całe pomieszczenie było jak klatka Faradaya. Siatka w podłodze, farby w ścianach powodowały odbicie fal. Okna wyposażone były w systemy niepozwalające podsłuchać hurtownika i jego dyskutantów.

W tych pomieszczeniach odbywały się libacje biznesowe oraz uroczystości ceremonialne nawet i międzynarodowe.

Na mahoniowym biurku stała marmurowa figurka słonia, zapewne dużo warta. Egzotyczny smaczek.
Pod biurkiem były przyciski do włączania podsłuchów i kamery.
Znalazło się też miejsce na czyszczarkę do butów.
Na oko wartość gabinetu wynosiła 3,2 mln zł.


Józek siedział za biurkiem w dostojnej pozie, niski, łysawy z czarnym gęstym wąsem. Ubrany w żółta rozpięta koszulę w czarne wzorki, na szyi i palcach był obłożony złotem. Opalony, nalany tłuszczem. Na pierwszy rzut oka widać było, że mu się dobrze powodzi.

Jego działalność gospodarcza była przede wszystkim legalna ale miała swoje ciemne zakamarki, tak jak on miał mroczne dziury w swojej naturze. Heniek i Je**ka byli jednymi z takich kluczników na pomoście do ciemnej strony.
- Co ty odpi****lsz Heniek?- krzyknął niecny hurtownik.
- To cały ja Józek- odparł porozumiewawczo Heniek.
- Czekałem na ciebie.
- Co ty nie powiesz? Myślałeś, że prysnę?
- Heniek, chłopcze. Sprawiasz mi zawód.
Dlaczego nie spłaciłeś długu i nie dawałeś znaku życia?
Musiałem wysyłać Magazyniera-killera.
- Oto jestem. Fatyguj się osobiście,zamiast przysyłać swoich pomagierów.
- Heniek , nie mogę robić wyjątków! Co by było, gdyby każdy przemytnik wyrzucał ładunek na widok wozu straży ?
To kiepski interes.
- Słuchaj, Józek i nawet mnie czasem przeszukują. Myślisz, że miałem wybór? Ale złapie okazję i oddam dług z nawiązką.
Daj mi tylko trochę czasu.
- Heniek, mój chłopcze. jesteś debeściak.
- Powiedzmy więc, 20% ekstra...
- 15 i nie przeciągaj struny.
- Niech będzie 15.
- Ale następnym razem wyznaczę za ciebie taką nagrodę,
że nigdzie nie znajdziesz następnej fuchy i będziesz musiał iść do normalnej pracy
- Józek jesteś wspaniałym przedsiębiorca! Idziemy!

Potraktował ich bez pardonu. Nie zaproponował transportu powrotnego tylko z buta wygonił na zewnątrz. A czekało ich z 10 km drogi.
Znaleźli się w dramatycznym położeniu.
Kiedy dwójka naszych bohaterów wlokła się poboczem, zobaczyli otwarty bar w pobliżu. Nieduży założony w białej przyczepie, na szybie menu z tekturowych kartoników. Oferowali bigos, flaki, piwo.
Akurat nie gościli jeszcze tutaj, byli zestresowani przez agresywną interwencje ludzi Józka. Postanowili załatwić dwie pieczenie na jednym ogniu. Napić się piwa dla uspokojenia nerwów i ewentualnie pomyśleć nad transportem do domu.
Świetnie się złożyło.
Bilans posiedzenia był imponujący : ugaszenie pragnienia i plan na przyszłość!

Ela leżała w łózko było już późno postanowiła zrobić rachunek sumienia.


Lubiła wracać wspomnieniami do poprzedniej pracy , odświeżać pamiątki, przeglądać klaser ze zdjęciami. Bycie najważniejszą osobą w państwie musiało być ekscytujące. Przypominała sobie liczne wojaże i tu pojawiły się dylematy i refleksje, także na temat związku z Wojtkiem.

Podziwiała w nim tę pewność siebie, która pchała go do przodu. Przypominała brawurę polityczną, którą się kiedyś cechowała.
Po pierwszej randce widywali się coraz częściej. Stawali się coraz bardziej zżyci.
Odwiedzali się w miejscach pracy i zamieszkania.
Wychodzili na imprezy, bawili się z jego znajomymi.

Poznał jej dzieci, był bardzo bezpośredni, czasem uderzali do sklepów na shopping. Dzielili wspólne zainteresowania, interesowali się nowymi telefonami.

Kasia i Arturek byli zadowoleni ze mamie się układa. Jej szczęście przekładało się na nich. Co prawda Wojtek nie był trochę z ich bajki ale nie mieli zamiaru jej osądzać.
Dawały mamie czas i rozsądnie czekali na dalszy rozwój wydarzeń.

Sama Ela coraz częściej zaczynała mieć wątpliwości.

Początkowa serdeczność została zastąpiona przez zaborczość.
Wojtek był coraz bardziej butny i szorstki. Dostrzegała w nim interesowność. Często zdarzało mu się nie odpowiadać na pytania i telefony. Może miał romans?

Szemrane towarzystwo, tajemnicze interesy, te liczne imprezy z kolegami, głośne zachowanie, alkohol lejący się litrami, zuchwała bezpośredniość, gromki śmiech. Ela nie przywykła do takiego zachowania. Była zmieszana.

To była jakby walka dwóch światów. Czy pasowała do tej drugiej strony, czy istniało pole wspólne? Czy da się to jakoś wypośrodkować. Te i inne pytania nie dawały jej spokoju i spędzały sen z powiek.

Za to Lucek był otwarty i szczery, uśmiechnięty pełen wzniosłych myśli i idei.
Połączyło ich wspólne zainteresowanie kuchnią wegetariańską.

Podczas kolejnych wizyt zawsze starał się poświęcić parę minut na rozmowę z Elą i słuchał jej z nieudawaną uwagą.

Był idealny. Jak pięknie opowiadał o bystrych, rwących rzekach. Aż na samo wspomnienie rozczuliła się, to także wspaniały kompan zabaw dla jej dzieci.

Coraz bardziej wsiąkała w jego świat. Te bajeczne opowieści o lasach tropikalnych. Kiedyś będąc premierem podróżowała po tych licznych egzotycznych krajach. Czas jej wtedy głownie zajmowały spotkania z tamtejszymi oficjelami, nie zdawała sobie nawet sprawy z piękna otaczającej jej przyrody.
Można powiedzieć, że dopiero Lucjan otworzył jej oczy.

I te opowieści o wędrówkach pstrągów, śpiewie delfinów, coś wspaniałego.
To było cudowne aż się popłakała ze wzruszenia.
Ela stanęła do rozstaju dróg.

Tamtego dnia oglądali filmy przyrodnicze w tym ulubiony Lucjana o zwyczajach godowych wielorybów.
To był ten magiczny moment, dotyk, ich wzrok, umysły spotkały się. Uczucie sięgnęło zenitu i jak to się mówi „na starej pi**y młody ch*j się ćwiczy”.

Warto zaznaczyć, że średnia długość życia, w ostatnim czasie zwiększyła się, także starość może być pojęciem umownym.

Po wszystkim zobaczyła jego naszyjnik, na który do tej pory, o dziwo, nie zwróciła uwagi. Chwyciła go w ręce, był wykonany ze szarego szlachetnego kamienia. Nie duży, może na 3 cm zawiązany na gumowym sznureczku, miał kształt falliczny.
- Co to jest? Przypomina kut..- zapytała roześmiana Ela, chichocząc wstydliwie.
- Tak kutasa, kutasa-fruktasa - odparł roześmiany Lucek.
- Haha- zaczęli się wspólnie śmiać.
Ten naszyjnik jednak był dla Lucka ważny, jako ekolog interesował się buddyzmem, mantra, sztuka kochania, medytacja, uspokajał się wtedy, odcinał od świata i wczuwał w zwierze ginącego gatunku.
Szczęśliwi, spełnieni, zatonęli w swoich ramionach, tuląc się osunęli się w otchłań snu.

Po tej nocy Ela wiedziała ,że rubikoń został przekroczony i trzeba było doprowadzić tą sprawę do końca.

Następnego dnia umówili się na spotkanie w knajpie po godzinach otwarcia. Postanowili się zebrać w trojkę. To był pomysł wujka. Prawdziwa konspiracja pod osłoną nocy, jak za komuny. Mieli się upewnić, że nikt za nimi nie idzie. Lucek biegał 3 razy wokół bloku bo myślał, że ma ogon. Nie zaświecili nawet światła, siedzieli przy świeczce i świecących się ekranach telefonów.

Nastała cisza , popatrzyli się w skupieniu na wujka.
Pamiętał on Wojtka ze szkolnych czasów. Przestrzegał przed jego butną naturą i porywczym charakterem.
We wspomnieniach cofnął się w czasie, kiedy był hippisem i słuchał Czerwonych Gitar.
Wojtek już wtedy był bojowo nastawiony. Oglądał filmy karate i uprawiał tzw. walkę z cieniem.
Postanowili w trójkę, jak tu siedzą, jutro pójść do Wojtka, poinformować go o wszystkim.


Weszli na siłownię z poważnymi minami, Wojtek przywitał ich z nonszalanckim uśmiechem i rozstawionymi szeroko ramionami, postawa powitająca.

Ela zaczęła
-Odchodzę od ciebie, ja i Lucek będziemy razem.

Wybałuszył oczy, prychnął i wzruszył ramionami. Ela spodziewała się bardziej emocjonalnej reakcji, ale nic.
Odwrócił się na pięcie, odszedł nie odwracając głowy, zachował się impertynencko.
Odetchnęli z ulgą i skierowali się do domu.
Po zamknięciu drzwi, gdy dźwięk odchodzących kroków dudnił mu w głowie, coraz bardziej tężała mu ze złości twarz, aż pojawiła się żyła na czole. Wpadł w szał, wybiegł za nimi.

Rozjuszony Wojtek w amoku ruszył w kierunku Lucka, na drodze odruchowo stanął wujek Bartosz. Wykonywał uspokajające gesty przy jego twarzy i powoływał się na starą znajomość. Wujek Bartosz dostał wpie**ol.
Leżąc na chodniku dygotał i jęczał, czyli tak do końca nie by pokonany.

Potem była wizyta na pogotowiu. Ułożyli go wygodnie na łóżku. Przytrzymali ręce i nogi.
Żegnając się powiedział, że powróci silniejszy niż kiedykolwiek.

Podczas następnych dni, kiedy Lucek i Ela spacerowali, spotkali się z inwektywami pod swoim adresem. Wykrzykiwali je koledzy Wojtka w okolicach osiedlowej kładki.


Wujek po tej lekkiej traumie, rzadko wychodził, kontaktował się z Luckiem głównie przez skypa.
Może nie był przy nim ciałem ale był obecny duchem.
Prowadził go ekologiczną linią.

W dużej mierze w ciągu dalszej nauki był on zdany na siebie. Lucek sięgał coraz dalej i głębiej. Zaczytywał się w pozycjach autorów z Chin, Indii czy innych odległych, egzotycznych miejsc. Przy jego boku stała Ela wspierając go i pocieszając w misji jaką sobie wyznaczył.

Dzielili się swoimi pasjami, ona z wypiekami na twarzy, zagłębiała się w zagadnieniach ekologicznych. On z nieukrywanym zaciekawieniem poznawał tajniki działania rządu. Uważał, że może mu się to przydać w przyszłości, podczas studiowania administracji.

Wojtek cofał się pamięcią w przeszłość. Analizował sytuację, szukał potencjalnych błędów.
Jego męskie ego nie mogło przeżyć, że zostawiła go dla kogoś takiego.
Przypominał sobie, że raz chyba nawet natknął się na niego podczas wspólnego posiłku. Nie zwrócił wtedy na Lucka specjalnej uwagi. Ot młody chudy chłopak. "Nie ma się czym przejmować"- pomyślał sobie wtedy Wojtek.
Nawet trochę potraktował go z wyższością.

Upijał się w amoku do nieprzytomności, miał rozdarte serce, poczerniała mu dusza, wył do księżyca.
Zaczął szaleć na osiedlu, jego ekipa mu wtórowała, zachowywał się jak ranne zwierzę.
Młodsze pokolenie potencjalnych łobuzów brało z niego przykład i też siało rozgardiasz. Zapanował chaos na pobliskim terenie centrum handlowego.
Wojtek dyszał do słuchawki, wysyłał Eli grubiańskie smsy.
Krzyki pod oknem dawały się jej we znaki.
Była pani premier znalazła się w potrzasku.

W tej części osiedla zapanowały chaos i pożoga.
Ela wtedy zrozumiała cała grozę i mrok jaki stał za pseudonimem ch*j-zbój.

Zastanowiła się, może nie myślała o nim poważnie, wyszła z założenia, że on też tak samo do tego podchodził.

Potraktowała go, jak takiego byczka rozpłodowego, haha!

Podczas wyciszenia i refleksji Lucek miał spokojny, wyrównany oddech i włączonego skypa. Korzystał tylko za słuchawek. Z zamkniętymi oczami lepiej wyłapywał poruszenia energii wokół.
Wujek przez skypa doradzał mu, że nawet uderzenie w mały punkt może powalić giganta. Niech wsłucha się w siebie, a znajdzie moc do rozwiązania tego problemu.
Postanowił ogołocić zielony krzaczek, który trzymał na czarną godzinę, z dala od oczu rodziny. Nastąpiło olśnienie, wszedł na właściwy kurs i ścieżkę.
Podjął wyzwanie. Jeszcze udał się do Heńka i Jeb**i, żeby zapewnić sobie plecy.
Niestety mieli nagrany już wyjazd przez agencje na zbiór tulipanów w Holandii.

Udali się do ciemnej siedziby Wojtka. Weszli napełnieni odwagą cywilną i z otwartą przyłbicą. Wujek Bartosz cały czas był z nimi, dzięki słuchawce bluetooth.
Przemierzyli drzwi siłowni na słonecznym tle jak kowboje w westernach wchodzą do salonu.
Wewnątrz panował elektryzujący klimat. Wibracje energii bijącej od Wojtka sprawiały, że wokół niego trzęsła się ziemia. Promienie odbijały się od talerzy ciężarów
Obok jego nagrzani koledzy, porwani atmosferą.
-Jak ważycie się stawiać przed moim obliczem? - zakrzyknął wzburzony siłacz. Wibracje fal dźwiękowych zatrzęsły szybami.
Aż zachwiało to Elą i Luckiem.
-Przyszliśmy cię poinformować, że będziemy z sobą na dobre i na złe i nie obchodzi nas twoje zdanie. Przemoc fizyczna nie robi na nas wrażenia- dodali mieszając trochę słowa i raczej zbierając się do ucieczki.
Wujek dalej przez słuchawkę podpowiadał, żeby go prowokować, nie odpuszczać, twarda postawa, harda mina i nieugięty ton.

-Nasza przestrzeń prywatna jest nie do ruszenia- razem krzyknęli synchronizując usta.

Wojtek, w odpowiedzi, odgrażał się, że zniszczy ich wszystkich, zdepcze jak robaki.
Ściągnął koszulkę i wrzeszcząc napiął mięśnie. Podmuch powietrza aż wypchnął ich z siłowni i wypadł im telefon z włączonym dyktafonem.
Tego było za wiele, osiłek ruszył w ich stronę.
Już czuli na sobie jego oddech i widzieli kątem oka nacierających kolegów.
Wtem usłyszeli dźwięk klaksonu. To Heniek i Je**ka w swoim zielonym Dukato, dosłownie w ostatniej chwili, zmienili plany i przybyli im na ratunek. Na początku nie dostrzegli auta bo stał blisko żywopłotu i się idealnie kamuflował.
Wojtek ze świtą ruszyli za nimi w swoich sportowych samochodach.
Nastąpiła seria gwałtownych przyspieszeń i błyskawicznych skrętów.
Udało się ich zgubić dzięki Jeb**e, który znalazł rzadko uczęszczaną uliczkę na jednej ze swoich map, także drogie, sportowe samochody zostały na lodzie.


Nazajutrz nagranie z siłowni pojawiło się na YouTube. Na początku niemrawo sobie radziło. Lucek i Ela przegryzali paznokcie ze zdenerwowania.
Potem dzięki znajomym i polubieniom w mediach społecznościowych, rozkręciło się. Ten pokaz pierwotnej pełnej pogardy dzikiej siły w starciu z pokojową ,zieloną postawą wzbudzał mieszane odczucia, ale fascynował i pociągał.
Filmik zyskiwał na popularności. Aż Lucek, pewnej nocy, wstał o 3 nad ranem bo kręcący się z wielką prędkością licznik YouTube tak hałasował, że go zbudził.

Na pewno to oddziaływało na społeczność, szczególnie tą lokalną i dawało do myślenia.
Ilość plusów była imponująca. Zdecydowanie większa niż ilość minusów. To Wojtek z kolegami próbowali zmienić bieg historii.

Czarny charakter był roztrzaskany psychicznie, krępujący filmik robił furorę w sieci, co na pewno nie było po jego myśli. Coraz trudniej mu się funkcjonowało w naturalnym środowisku. Napotykał na posępne spojrzenia czy niewybredne komentarze rzucane pod nosem. Próbował na to reagować ale nie mógł na wszystkie, nie był w stanie. Zawsze miał pogardliwy stosunek do otaczających go ludzi teraz to stało się jego Nemezis.

Doszło do manifestacji pod siłownią. Protestujący okazali ogólną dezaprobatę dla jego poczynań.

Pojawił się dwuznaczny napis na murze "Wojtek chu.."
Dawniej pewnie pomyślał by o tym jak o komplemencie, teraz nie było mu do śmiechu.
Jego mocodawcy nie lubili rozgłosu. Zależało im na spokoju i ciszy, tak aby pozostać w cieniu.
Zrobił się niewygodny.

Stało się. Pewnego dnia na siłowni zawisła kartka „Zamknięte do odwołania”. Ela, Lucek i kulejący wuj Bartosz przyszli osobiście zobaczyć kartkę i wtedy okoliczni mieszkańcy spontanicznie obsypali ich płatkami róż.

Co do Heńka i Je**ki mimo, że nie wyjechali na saksy nie byli stratni. Ela zaoferowała im pracę dostarczycieli produktów do baru. Akurat dotychczasowemu pracownikowi urodziły się sześcioraczki. Skorzystał z programu 500 plus i postanowił zająć się rodziną.

Lucek zaś powziął za cel iść za głosem serca, na razie odłożyć studia i poświęcić się zgłębianiu mocy.
Także wszystko skończyło się dobrze.










Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.