Poprzedni digart tego użytkownika Wszystkie digarty tego użytkownika Następny digart tego użytkownika
Fabryka Atramentu
!montagproject | proza / fable

To jest fabryka atramentu, o której podobno nikt nie wie. Otwieram okno. To tylko roleta, która odskakuje z trzaskiem
i widać wielką pionową blaszaną ścianę, na której wiszą lampy jak na suficie zwykłej fabryki. To znaczy lampy, które
normalnie zwisają, tutaj sterczą pionowo ze ściany. Są różne, tak jakby od stu lat tylko dokładano nowe.
Część z nich nie świeci, część jest całkowicie zardzewiała, w paru skaczą wyładowania elektryczne. Patrzę w lewo
i wszędzie są takie same okna, z niektórych wystają ręce próbujące dosięgnąć lamp, może by wykręcić żarówki. Ściana słońce.
W moim pokoju nie ma nic oprócz pulpitu pod nuty, na którym jest otwarty zeszyt. W całym zeszycie są rysunki nieba.
Na każdym niebie jest narysowane wielkie oko. Nie oglądam wszystkich ale wiem. Jak ja mogę tu mieszkać? Nie ma tu nic
oprócz tego pulpitu, ale wiem, że tu mieszkam. Wychodzę. Moje drzwi są świeżo malowane, od bardzo zimnej aluminiowej klamki
w dół mają taki ciemnozielony pasek. Wszędzie drogowskazy w różnych kierunkach. Schodzę w dół. Te schody są tylko w dół.
Schodzę niżej i znowu są tylko w dół. Do góry tą samą drogą nie można już wrócić. Wszędzie drzwi coraz mniej świeżo
malowane. Zaczynam widzieć jakieś ślady na drzwiach, rysy... pismo?.

Niżej i niżej.

Tu jest duszno i ciemniej niż tam. Wchodzę przez jedne z drzwi. Taki sam pokój jak mój. Otwieram okno. Znowu ta sama
ściana-sufit z lampami. Za to inne miejsce. Tu większość lamp wygląda tak jakby była wyjęta ze starego radia. Świecą blado,
zielono, fioletowo, bursztynowo. Bije od nich elektryczne gorąco. Patrzę na pulpit nutowy. Zeszyt. Jakieś zygzaki. Boje się,
że drzwi zamkną się same. Uciekam w dół - inaczej się nie da.
Znów drzwi, prawie takie jak moje ale wyraźnie stare, całe pokryte odręcznym pismem. Pióro. Niebieski atrament.
Nie mogę rozróżnić słów. Ściany też są zapisane ale gorzej widać. Próbuję zacząć czytać, ale to jakieś bardzo długie zdania.
Nie ma początku ani końca. Charakter pisma jest nieczytelny. W końcu otwieram jedne z tych drzwi. W środku jest młoda
dziewczyna i jakiś znacznie starszy od niej facet. Tutaj przynajmniej mają łóżko. Nie ma pulpitu nutowego. Próbuję do niej
mówić ale nie słychać moich słów - jej też nie, choć porusza ustami, może nawet coś krzyczy. Facet, leży na łóżku i wygląda
dziwnie, jest słaby, ma półotwarte usta. Umiera? Oboje tacy przestraszeni i zmęczeni - czego się boją? Patrzę na jego ręce,
nienaturalnie wyraźnie widać na nich wszystkie żyły. Próbuję wyciągnąć rękę do dziewczyny i zabrać ją stąd i wtedy widzę
żyły na mojej ręce - są takie same jak tamte. Zaczynają mnie boleć. Kolor taki jak tych zdań napisanych na drzwiach
i ścianach. Wiem. W nich jest atrament. Są pełne atramentu.

Czym malowałem oczy na niebie? Gorączkowo próbuję sobie przypomnieć...





Przypisanie sobie autorstwa całości lub części cudzej pracy, jej deformacja lub edycja bez zezwolenia autora
podlega karze grzywny, ograniczeniu wolności lub pozbawieniu wolności do lat 3.